To cud, że żyjemy

    To cud, że żyjemy

    Jolanta Gadek

    Gazeta Współczesna

    Aktualizacja:

    Gazeta Współczesna

    To cud, że żyjemy

    ©Fot. A. Zgiet

    Najpierw huk, później krzyk i ogień. Nie pamiętam, jak wyskoczyłem przez okno. Potem łapałem tych, którzy wyskakiwali. Widziałem płonące osoby - mówi Michał Kawałko. Ocalał. Ale dziewięcioro innych maturzystów - głównie uczniów I Liceum Ogólnokształcącego w Białymstoku - zginęło. Jechali do Częstochowy modlić się o pomyślność na maturze.
    To cud, że żyjemy

    ©Fot. A. Zgiet

    Spotkali się pod szkołą i wyruszyli w trasę w piątek po godz. 6. Padała mżawka, było pochmurno. Niektórzy przysypiali, inni rozmawiali. Na siedzeniach z przodu autokaru siedzieli zmiennik kierowcy, dwie wychowawczynie, katechetka oraz dziewczyny. Większość chłopców usiadła z tyłu.
    Kilkanaście minut przed godz. 7 w pobliżu wsi Sikory-Wojcie-chowięta kierowca zaczął wyprzedzać dwa samochody osobowe. Tak twierdzi nauczycielka wuefu Janina Freitag. Widziała wszystko. Udało jej się wydostać na zewnątrz, bo z okna znajdującego się obok jej siedzenia wypadła szyba.
    Policja nie wie jeszcze, który z dwóch kierowców znajdujących się w chwili wypadku siedział za kierownicą. Zginęli obaj. Na miejscu zginął też kierowca ciężarówki, mieszkaniec Warszawy. Fragmenty jego zwłok znaleziono w spalonym autokarze.
    - W momencie zderzenia autobusu z tirem - oprócz trzech kierowców - najbardziej ucierpiały osoby, które siedziały na fotelach za kierowcą autobusu - mówi nadkom. Jacek Dobrzyński, rzecznik prasowy komendanta wojewódzkiego policji w Białymstoku.
    - Dziewczyny, które były z przodu, nie miały tyle sił, żeby wybić szybę. Nie zdążyły uciec - mówi Michał Kawałko.
    Ogień rozprzestrzeniał się błyskawicznie.
    Ci, którzy wydostali się na zewnątrz, uciekali, mieli zakrwawione twarze. Uczniowie zaczepiali przypadkowych kierowców, prosili, żeby ci powiadomili ich rodziców.
    Pierwszy zastęp strażaków był na miejscu 15 minut po wypadku. Płonął już wtedy cały autobus. Na ratunek osób, które zostały w środku, było już za późno. Najciężej ranną nastolatkę zabrał do szpitala śmigłowiec. Ma poparzone ok. 40 proc. powierzchni ciała, jej stan lekarze określają jako bardzo ciężki.
    - Gdzie moja córka, Małgosia Zajączkowska? Czy ktoś ją widział - te pytania matka Małgosi wraz z mężem zadawali kolejno w białostockich szpitalach. Pojechali na miejsce katastrofy. Tam znaleźli kurtkę córki. Nie mogli uwierzyć w to, że dziewczynka nie żyje. Mieli nadzieję, że odnajdzie się w którymś ze szpitali.
    Niestety, kilka godzin później okazało się, że Małgosia zginęła.
    W sumie na pielgrzymkę do Częstochowy wyruszyło 700 maturzystów. Dzień wcześniej autokarem wyruszyło kilkudziesięciu uczniów z Zespołu Szkół Elektrycznych. Kilku postanowiło jechać na Jasną Górę w piątek, z uczniami z I LO. W obu szkołach religii uczy ta sama katechetka. Jeden z nich nie przeżył wypadku.
    Antoni Kozak, ojciec licealisty, który ocalał z wypadku, jest jeszcze w szoku.
    - Gdyby nie mój syn i jego koledzy, ofiar byłoby więcej - mówi. - Te dzieci wybijały szyby, ratowały się nawzajem. Mają pokaleczone dłonie, twarze. Nie dociera jeszcze do mnie, że mój syn był krok od śmierci.
    Jego syn, Tomek, ma poranione dłonie. Wraz kolegami wypchnął nogami tylne okno w autobusie. Szkło sypało im się na głowy, przód autobusu płonął. Wyciągali przez okno rannych. Teraz siedzą ze zwieszonymi głowami, obandażowanymi dłońmi, plastrami na czołach.
    - Co tu powiedzieć, teraz emocje biorą górę. Syn chciał jechać na pielgrzymkę i pojechał - mówi. - Kto mógł przewidzieć, że to się tak skończy.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Czytaj także

      Komentarze

      Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo