Jesteś tu: Strona główna Magazyn Artykuł

Artur Andrus: Czasami jestem jak James Bond

Dodano: 22 października 2012, 20:00 Autor:

- Ja się nie znam na liście przebojów, nie znam tych piosenek - mówił Artur Andrus po koncercie w Białostockim Ośrodku Kultury. A  jednak jego utwory z płyty "Myśliwiecka" wylądowały na czołówkach list przebojów.

- Ja się nie znam na liście przebojów, nie znam tych piosenek - mówił Artur Andrus po koncercie w Białostockim Ośrodku Kultury. A jednak jego utwory z płyty "Myśliwiecka" wylądowały na czołówkach list przebojów.

Pociąg bardzo zwolnił, ja otworzyłem drzwi i postanowiłem, że wysiądę. Wyrzuciłem walizkę na peron i wtedy pociąg przyspieszył. Stwierdziłem, że teraz już nie mam wyboru, bo co, zostawię bagaż na peronie?

Jak się pan czuje jako pracownik ZUS-u?

- To trzeba od razu wyjaśnić, że to jest mój ZUS, który sobie sam powołałem. W skrócie ZUS, czyli Zakład Usług Satyrycznych. A czuję się dobrze, bo to akurat taki rodzaj usług, który mi sprawia dużą przyjemność. Jeżdżę do fajnych, miłych ludzi i sprawiam, że się uśmiechają.

Jaka jest najbardziej szalona rzecz, jaką pan zrobił? Może był to pocałunek z Piotrem Bałtroczykiem?

- Nie mogę do końca zdradzać, jak to z tym pocałunkiem było. Zasłoniliśmy się reklamówką, którą nie wiem kto z nas wyjął i... niech tu pozostanie pewna atmosfera tajemniczości. A szalone rzeczy, które zrobiłem? Uważam, że wszystko co robię, a głównie to, że śpiewam piosenki jest szalone! Pamiętam jedną sytuację. Ale nie wiem, czy to jest szaleństwo, czy bardziej głupota. Pamiętam, że się zachowałem jak James Bond jadąc z Warszawy do Łodzi przez Koluszki. W Koluszkach miałem wysiąść na dworcu i przesiąść się gdzieś dalej. Kupiłem więc sobie bilet do Koluszek, wsiadłem do pociągu, przyszedł konduktor, sprawdził bilet, więc wiedział, że do Koluszek jadę. Po czym jak dojeżdżaliśmy do tychże Koluszek, to się okazało, że tam pociąg się... nie zatrzymuje. To była zima. Nie wiem, co mi wpadło do głowy. Pociąg bardzo zwolnił, ja otworzyłem drzwi i stwierdziłem, że sobie wysiądę. Wyrzuciłem walizkę na peron i wtedy pociąg przyspieszył. Stwierdziłem, że teraz już nie mam wyboru, bo co, zostawię bagaż na peronie? I wyskoczyłem z tego pociągu. Teraz sobie myślę, że idiota ze mnie. Przecież się mogłem zabić. Wiem już na pewno, że nigdy nie wyskoczę z pociągu w Koluszkach.

Gra pan w niezwykle popularnym serialu kabaretowym "Spadkobiercy". Mnóstwo ludzi go ogląda...

- Bo to jest po prostu śmieszne. Na początku to było pionierskie, chociaż teraz już nie, bo grup improwizacyjnych się porobiło w Polsce sporo. Ludzie zobaczyli, że improwizacja też może być fajną zabawą. Ale "Spadkobiercy" byli pierwsi! Mało kto pamięta, że powstali chyba 17 lat temu w Zielonej Górze. Potem się pojawiali na festiwalach kabaretowych, a w telewizji dopiero kilka lat temu. Wydaje mi się, że tam widać, że wszyscy się bawią. I publiczność, i artyści na scenie. I to się chyba jakoś przenosi przez ekran telewizora, dlatego to jest takie popularne.

A jak to wygląda technicznie? Wy improwizujecie, a operatorzy to nagrywają, czy zdarzają się duble?

- Nie ma żadnego dubla. Nie ma takiej możliwości nawet, bo to przecież by nie wyszło dwa razy tak samo. Dlatego obawialiśmy się bardzo, czy to w ogóle będzie do pokazania w telewizji. Nigdy nie wiadomo, co się wydarzy i w której części sceny. Jestem pełen podziwu dla realizatorów telewizyjnych, którzy potrafią za tym nadążyć. Oni mają jakąś metodę, że nagrywają wszystkie kawałki sceny równocześnie, a potem wybierają to, co jest im potrzebne.

Którego gościa najbardziej pan zapamiętał z tych telewizyjnych realizacji "Spadkobierców"?

- Zapamiętałem na przykład Wojtka Manna, który mnie kompletnie załatwił. Zaproponował, że będziemy sprawdzać, czy to jest jego syn skacząc po nim. Wyobraziłem sobie, że zaraz na Wojtka Kamińskiego skoczy ten "drobniutki" Wojciech Mann. Ten obrazek mnie załatwił kompletnie i nie mogłem powstrzymać śmiechu.

Było też paru takich gości, z którymi akurat nie grałem, ale zza kulis obserwowałem z jaką werwą improwizują. To się tyczy i Zygmunta Chajzera, i Moniki Richardson. Człowiek czasami ma pewne obawy o gościa. Podejrzewa, że na przykład prezenter telewizyjny mówi zazwyczaj z kartki albo czyta z promptera. A niektórzy z nich wchodzą na scenę i są tak świetni w improwizowaniu, że z zachwytem się na nich patrzy. Bywają też takie sytuacje, że pojawiał się gość, który miał już doświadczenie kabaretowe, potrafił rozbawiać publiczność. A kiedy wychodził na scenę i zaczynał coś za bardzo kombinować, to już nie wychodziło, było sztuczne.

Po tylu latach improwizacji jest jeszcze coś, co potrafi zaskoczyć?

- To w improwizacji jest najfajniejsze, że cały czas zaskakuje. Nigdy człowiek nie wie, czego się może spodziewać. Ktoś powie coś takiego, że to odwróci całą scenę i trzeba się jakoś w tym odwróceniu znaleźć. Dlatego mnie to cały czas bawi.

Zdarzyło się panu, że mylono pana z Andrzejem Poniedzielskim?

- Z Andrzejem to nie. Z Bałtroczykiem mnie mylono dosyć często. Obaj w okularach, obaj prowadzili kabaretowe imprezy. Z Andrzejem chyba nie da się pomylić, bo on ma ekstremalny temperament. Ja przy nim jestem wulkanem energii. I to jest jedyny człowiek na świecie, który tak wolno mówi, ale też z takim sensem. Jesteśmy też inaczej zbudowani. Andrzej prezentuje typ szczupłych, a ja raczej nieortodoksyjnie szczupłych.

Jak to było z "Myśliwiecką"? Zaczęło się ponoć od muzycznego żartu na antenie radiowej Trójki?

- Zaczęło się od piosenki "Ballada o Baronie, Niedźwiedziu i Czarnej Helenie", którą zaśpiewałem jako żart, taki upominek na jubileusz 1500. wydania Listy Przebojów. Marek Niedźwiecki i Piotr Baron poprosili mnie, żebym im towarzyszył w jubileuszu, żebym go poprowadził. Na kilka godzin przed wyjściem na scenę uświadomiłem sobie, że nie mam niczego poza "Dobry wieczór państwu". Ja się nie znam na liście przebojów, nie znam ich piosenek. Pomyślałem, że zanucę im kawałek ballady. Poprosiłem mojego kolegę Łukasza, żeby przyszedł i zagrał mi na akordeonie. I taką minutową balladę zaśpiewałem. Jak Piotr Baron wychodził na scenę po tej balladzie, to powiedział, że trzeba będzie dać tę piosenkę do zestawu, do głosowania. I takie są konsekwencje, jak ktoś coś palnie głupio. Potem słuchacze wymusili na nim, żeby dał to do zestawienia. Zaczęli głosować. Okazało się, że to od razu było na pierwszym miejscu Listy Przebojów! Marek mi wtedy powiedział, żeby nieco rozbudować utwór, bo jest za krótki. Dopisałem jeszcze chyba ze dwie zwrotki i to nagraliśmy. I usłyszał to szef wytwórni i wysłał do mnie sms-a, że gdyby kiedykolwiek wpadło mi do głowy nagranie płyty, to kontrakt w wytwórni czeka.

Ta popularność zaskakuje pana czy przeraża?

- Ona mnie cieszy. Choć zaskakuje, owszem, też. Znam ludzi, którzy lepiej śpiewają. Ale być może to jest jakiś sygnał, że słuchacze nie szukają w piosence wyłącznie tego, co im wytwórnie płytowe narzucą. Mają swój gust. Poza tym zauważyłem, że ludzie lubią, jak w piosence jest melodia. Moje piosenki w dużej części dadzą się zanucić. Jak ja je zanuciłem, to znaczy, że każdy potrafi. Ja nie uciekam od melodii. Dlatego sam sobie nie komponuję piosenek, bo wiem, że to by były jakieś koszmarki muzyczne.

Pana utwory to trochę taki powrót do "Kabaretu Starszych Panów". Może to jest tak, że ludzie z nostalgią wspominają tamte czasy i stąd popularność pana piosenek?

- "Kabaret Starszych Panów", czyli Przyborę i Wasowskiego uważam za niedościgniony wzór. I wiadomo, że jeżeli mi się trafi jedna taka piosenka, jakich oni stworzyli kilkaset, to będę szczęśliwy. Ale coś z tą nostalgią jest na rzeczy...

Ma pan problem z tremą przed wyjściem na scenę?

- Oczywiście, że tak. Ale na szczęście mam taki mobilizujący rodzaj tremy. Nie paraliżuje mnie. Poza tym opracowałem sobie taką metodę, że na sekundę przed wyjściem na scenę mówię do siebie, że tam jest parę osób, które przyszły tutaj dlatego, że mnie lubią. Tak więc idę z sympatią do tych ludzi, mając nadzieję, że jakoś to się wszystko ułoży.

Chciałam poprosić pana o szybki wierszyk o "Gazecie Współczesnej".

- To będzie wiersz o góralu białostockim:
Gdzieżesz ty góralu jest
Góralu czy ci nie żal?
Że szła przez skwer, z tyłu pies
W pysku niósł "Głos Wybrzeża"?
Góralowi wrze aż krew
Chociaż pora jeszcze wczesna
To nie pies, ino lew
A w pysku "Gazeta Współczesna".

Czytaj więcej o:
  • Artur Andrus
  • Białystok
  • James Bond
  • rozmowa
  • wywiad
Najciekawsze artykuły
z Mediów Regionalnych
Najciekawsze artykuły
z Mediów Regionalnych
alarm24 Kliknij i wyślij nam swojego newsa!
Brak ankiety.

Kontakt z reklamą »

Kontakt z redakcją »

Kontakt z marketingiem »

Zadzwoń 0 800 127 067

Napisz maila:

Napisz na Gadu-Gadu: 37427244

Napisz na Skype: dyzurny

Serwisy tematyczne

Serwisy społecznościowe

wspolczesna.pl jest częścią grupy Media Regionalne

Media Regionalne sp. z o.o. w Warszawie zastrzegają, iż rozpowszechnianie jakichkolwiek artykułów i materiałów zamieszczonych w portalu www.wspolczesna.pl jest dozwolone wyłącznie z zachowaniem warunków korzystania z treści. Jakiekolwiek użycie treści wykraczające poza ww. warunki jest zabronione bez pisemnej zgody Mediów Regionalnych i nabycia licencji. Sprawdź, w jaki sposób możesz uzyskać licencję na wykorzystanie treści.

Naruszenie tych zasad jest łamaniem prawa i grozi odpowiedzialnością karną.

Polityka dotycząca plików cookie

Wszelkie prawa zastrzeżone. Media Regionalne sp. z o.o. w Warszawie. 2001-2014.