Kocha pisanie i konwalie

    Kocha pisanie i konwalie

    Mirosław Robert Derewońko

    Gazeta Współczesna

    Aktualizacja:

    Gazeta Współczesna

    "Kto ja jestem? Litwinka czy Polka? Pytanie zadaję, gdy smutek mnie dusi. To mniej ważne, natomiast ważniejsze: jak być dobrą córką kraju, papy i mamusi" - pisała w sierpniu 1938 r. w rodzinnym Wilnie 11-letnia Gienka Rakszewicz. Dzisiaj pani Genowefa w pełnym fotografii i bibelotów mieszkaniu w Łomży nie przeczyta własnego wiersza.
    - Odkąd ślepnę, piszę ręcznie - mówi Genowefa Rakszewicz-Chyczyńska

    - Odkąd ślepnę, piszę ręcznie - mówi Genowefa Rakszewicz-Chyczyńska ©M. R. Derewońko

    - Tym okiem nie widzę, a drugim ledwo co, specjalne okulary zakładam do pisania - przeciera grube szkła. - To wada genetyczna po cudownym dziadku, który zmarł mając 93 lata. Do końca sprawny: sam dom zbudował, wszystko oprócz szyb do okien, sam kafle wytapiał i skrzypce zrobił, grał w kościele.
    Przeprasza, że przyjmuje "w stroju niedbałym". Od 20 lat leczy astmę ("Przygwoździło mnie przeziębienie"). Na szczęście - nie los.
    - To wszystko moje - podchodzi ostrożnie do regału. Na długiej półce pokorny rząd kolorowych teczek. Jakieś trzy tysiące kart, przepisanych przez "miłą panią Krysię Błońską" na komputerze. Grafomania?
    - Wiem, że tak ludzie mawiają, ale czy Iwaszkiewicz lub Sienkiewicz nie byli grafomanami?
    - pokasłuje. - Grafomania to mania na tle pisania. Oni stworzyli arcydzieła, a ja literaturę dla ludzi zwykłych, dla zapracowanej kobiety, żeby nie sięgała po głupie harlekiny przez obcych pisane.
    Napisała 10 powieści o wdzięcznych tytułach jak "Dom pod wiolinowym kluczem" i wiele opowiadań jak "Legenda o konwalii". Cykl trzech powieści "Dwie rzeki miłości" odnosi się do Wilii i Odry ("Tam moje życie przebiegało"). Druga trylogia to opowieści z życia muzyków ("Mąż jest wiolonczelistą, grał w orkiestrach symfonicznych i w Szczecinie, i w Białymstoku, i w Łomży, i w całym kraju"). Wzdycha, że nie wydała żadnej z książek. Cieszy się, że kopie wydruków krążą po całej Polsce wśród przyjaciół, kolegów, znajomych. "Złamaną lirę" może opublikuje wydawnictwo z Torunia, ale redaktor uprzedza, że potrzebne jest 3 tys. zł dotacji ("Uzbierałam na podróż do Grecji 2 tys. zł., ale nie zobaczę tego, co pragnęłam, bo nie widzę, może syn mi dołoży brakujący tysiąc...? - zastanawia się autorka). Nie rezygnuje. Szwagier podał jej kilka adresów wydawnictw publikujących utwory ludzi ślepnących i inwalidów.
    - Tu mam protezę lewej stopy - podciąga szlafrok. - Wpadłam pod tramwaj w Szczecinie. Miałam 20 lat i skończyły się marzenia o tańcu i balecie. Rytmiczką chciałam zostać, nie załamałam się i skończyłam liceum pedagogiczne.
    W PRL-u wydawcy odrzucali jej książki "za brak ideologicznego wydźwięku" ("Socrealizm to gdzieś miałam"). Czekała na lepsze czasy ("I też nie mam siły przebicia, bo nic skandalizującego nie piszę i nie używam brzydkich wyrazów"). Za wulgaryzmy stawiała przez dziesiątki lat pracy w szkole podstawowej i liceum dwóje ("Ta praca i profesja męża wytyczyły moją drogę twórczą"). Dobrze poznała środowisko muzyczne, dlatego pisze o trudach kształcenia się i osiągania biegłości przez "filharmonicznych grajków".
    Pokochała cztery miasta. Wilno, gdzie urodziła się w 1927 r. i mieszkała do 1946 r. ("Znam całą Wileńszczyznę, mnóstwo zaścianków i dworków, bo jeździłam z tatą, który był kołodziejem, po drzewo. Pisałam umowy po polsku, ponieważ kończył szkołę rosyjską, a on tylko podpisywał"). Pisała i w Szczecinie - do 1970, i w Białymstoku - do 1978, i w Łomży ("Kiedy powstała Łomżyńska Orkiestra Kameralna"). I kocha wiosenne konwalie.

    Czytaj także

      Komentarze

      Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo