Taki sobie "Format"

    Taki sobie "Format"

    (wys)

    Gazeta Współczesna

    Aktualizacja:

    Gazeta Współczesna

    Niesprawne hamulce i zużyte bieżniki na oponach - samochód w takim stanie miał wieźć suwalskie nauczycielki do Warszawy.
    - Nic takiego się nie stało - uważa przewoźnik.
    Wyprawę do stolicy zorganizowały sobie pracownice Przedszkola nr 4 w Suwałkach. - Chciałyśmy pójść do muzeum, teatru i kina - opowiadają.
    W połowie września, w suwalskim Biurze Turystyki Aktywnej "Format" zarezerwowały busa. Właściciel firmy Stanisław Nalewajko zażądał za usługę dwóch cen. Auto z jednym kierowcą miało kosztować 750 złotych, z dwoma - 800 złotych. Nauczycielki wybrały tę drugą opcję uznając, że będzie bezpieczniej.
    Wyjazd był zaplanowany na minioną sobotę. Przed godziną szóstą bus przyjechał na pierwsze miejsce zbiórki, na osiedlu Północ.
    - Większość koleżanek czekała przed budynkiem przedszkola - opowiadają. - Już w drodze po nie zauważyłyśmy, że kierowca ma problemy z kluczykiem do stacyjki, w aucie nie domykały się też drzwi.
    Panie poprosiły policję, aby sprawdziła stan techniczny samochodu. Wyniki kontroli były zatrważające. Bus miał niesprawne hamulce, "łyse" opony i pękniętą przednią szybę. Na dodatek kierowca nie potrafił włączyć świateł przeciwmgielnych.
    - Samochód nie nadawał się do jazdy - mówi Krzysztof Kapusta, oficer prasowy suwalskiej policji. - Przy obecnych warunkach pogodowych, kiedy wieczorami opada wilgotna mgła, zużyte opony stanowią duże zagrożenie. A braku hamulców chyba nie muszę komentować. Zatrzymaliśmy dowód rejestracyjny pojazdu.
    Kierowca busa powiadomił o tym właściciela biura, który bezradnie rozłożył ręce.
    - Powiedział nam, że nie ma samochodu zastępczego i może nas tylko przeprosić - opowiadają nauczycielki. - Byłyśmy załamane. Miałyśmy przecież opłacone bilety do teatru i kina. Nie wiedziałyśmy, co robić.
    Panie zaczęły szukać znajomych, którzy mają znajomości w firmach przewozowych. Wykonały mnóstwo telefonów. Po ponad dwóch godzinach udało się załatwić transport - busa z PKS. Do stolicy zajechały po południu i musiały zrezygnować z części zaplanowanych atrakcji.
    W poniedziałek zaczęły regulować rachunki i wtedy okazało się, że koszty wycieczki są o 400 złotych wyższe, niż planowały. O tyle więcej miały zapłacić za zastępczego busa.
    - Dla nas to duża kwota - skarżą się. - Zwróciłyśmy się do właściciela biura "Format" z prośbą, aby pokrył tę różnicę. Ostatecznie, to z jego winy doszło do zamieszania. Sądziłyśmy, że takiego zachowania wymaga zwykła przyzwoitość. W odpowiedzi usłyszałyśmy, że przyzwoitość to nakazuje powiadomić właściciela autokaru o zamiarze wzywania policji.
    - Dodał jeszcze, że gdyby o tym wiedział, to dałby inne auto - denerwuje się jedna z kobiet.
    Stanisław Nalewajko, właściciel "Formatu", nie poczuwa się do winy.
    - Te panie od początku zachowywały się dziwnie - opowiada. - A to samochód się nie podoba, a to znowu koło. A wszystko można było szybko naprawić i jechać dalej - Nalewajko twierdzi, że próbował załatwiać samochód zastępczy, ale panie zrobiły to szybciej.
    - Wybrały najdroższego przewoźnika - uważa. - Dlaczego miałbym za to płacić?
    Na pytanie, jak mógł zlecić wyjazd tak niesprawnym autem, tylko powtarza:
    - To było jakieś niedopatrzenie.
    Teresa Mazur, rzecznik konsumenta, poinformowała nas, że tego typu spory należy rozstrzygać na drodze postępowania sądowego. Niewykluczone, że taki będzie finał.

    Czytaj także

      Komentarze

      Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo