Współczesna
    TV

    Współczesna TV

    Rozwiń
    Współczesna
    TV
    Zwiń

    Współczesna TV

    Współczesna TV, czyli nowa telewizja internetowa. Od poniedziałku do piątku specjalnie dla Was tworzymy ekskluzywne materiały wideo dotyczące regionu!

    Ballada o łące niezgody

    <B>Ballada o łące niezgody</B>

    <B>Dominika Kryńska</B>

    Gazeta Współczesna

    Aktualizacja:

    Gazeta Współczesna

    Lubili się i pomagali sobie wzajemnie, jak to bywa między sąsiadami na wsi. Znali się przecież od lat. Dziś po tej znajomości pozostała tylko wzajemna złość, groźby i trzy hektary zaoranej, bezużytecznej przez długi czas łąki. Poszło o pieniądze z dopłat unijnych.


    Stosunki między Wojciechem Sikorskim, a jego sąsiadem były wcześniej, jak to określa ten pierwszy, całkiem normalne. Właściwie to nigdy nie było między nimi niezgody. - Jego żona to nawet jakaś tam moja kuzynka -podkreśla pan Wojciech. Pomagali więc sobie jak mogli.
    Pan Wojciech miał trochę ziemi, ale rolnictwo zbytnio go nie interesowało, więc kiedy sąsiad ze wsi zaproponował wydzierżawienie 3-hektarowej łąki, pomyślał, dlaczego nie.
    I tak przez siedem lat mieszkaniec Babina użytkował sobie łąkę. Byłaby to historia idylli sąsiedzkiej, gdyby nie kilka faktów. Po pierwsze, jak twierdzi Sikorski, za wydzierżawienie ziemi nie dostawał ani grosza. Umówili się jednak, że w zamian za użytkowanie łąki, sąsiad będzie opłacał podatek rolny. I opłacał, ale... tylko przez cztery lata. Potem zapomniał. Jednak ten fakt wyszedł na światło dzienne dużo, dużo później.
    Zaczęło się od wideł
    Choć pan Wojciech nie gospodarzył na swojej ziemi, to sprzęt rolniczy posiadał. Więc, kiedy sąsiad poprosił o pożyczenie wideł, nie miał nic przeciwko temu, żeby to zrobić.
    Jednak na zwrot wideł doczekać się już nie mógł.
    - Po prostu nie chciał oddać - mówi Wojciech Sikorski.
    Skoro nie dały rezultatu żadne prośby, ani groźby, to mieszkaniec Babina postanowił, że nie daruje i wezwał policję.
    To już nie były przelewki. Winowajca chcąc nie chcąc, widły zwrócił właścicielowi.
    - Zrobił to dobrowolnie, tylko, że to nie były moje widły, tylko jego, jakieś beznadziejne - zapewnia Wojciech Sikorski.
    Być może sprawa wideł miałaby całkiem inny przebieg, czas załagodziłby kłótnię, a wszystko poszłoby w zapomnienie. Stało się jednak inaczej, a drobny początkowo konflikt przerodził się w bardzo poważny spór, który swój finał najprawdopodobniej będzie miał w sądzie.
    Jak wojna to wojna
    Od 2004 roku każdy rolnik ma możliwość ubiegania się o tzw. dopłaty bezpośrednie. Płatność ta przysługuje do hektara gruntu. W ubiegłym roku za 3 hektary dzierżawionej przez sąsiada Sikorskiego ziemi, wyniosło to ok. 1500 zł. Nic dziwnego, że zarówno właściciel, jak i dzierżawca postanowili zabiegać o uzyskanie, bądź co bądź, niemałych pieniędzy.
    - Pewnego dnia zauważyłem, że sąsiad mierzy moją łąkę - wspomina pan Wojciech. - Więc powiedziałem do niego, że trzeba się dogadać. A on na to, że weźmie dopłaty, a później się podzieli.
    Więc pan Wojciech czekał cierpliwie, wykorzystując czas na wypytywanie znajomych jak to jest z dopłatami, kiedy ziemia jest dzierżawiona. Dowiedział się, że częstą praktyką jest, że to właściciel ziemi bierze pieniądze, rzadziej dzieli się z dzierżawcą.
    - No to poszedłem do niego porozmawiać, jak to się robi na wsi - opowiada mieszkaniec Babina. - Powiedziałem mu, żeby podzielić się po połowie, chociaż wszyscy mówili, że to szaleństwo. A on wtedy białej gorączki dostał. Jak zaczął tłuc pięściami w stół, to wyszedłem. Co miałem robić? - wzdycha Sikorski i bezradnie rozkłada ręce.
    Sytuacja była patowa. Pan Wojciech postanowił, że tak dalej być nie może i postanowił wymówić sąsiadowi dzierżawę. Zrealizował swój zamysł, wypowiadając umowę na piśmie.
    - A on powiedział jasno, że jeśli on nie będzie tej łąki robił, to nikt nie będzie - mówi Sikorski.
    Nie zważając na groźby sąsiada, pan Wojciech wziął się za koszenie trawy na spornej łące. Siano z drugiego pokosu obiecał znajomemu. Ten ok. 2 miesięcy temu pojechał na pole, żeby przewrócić siano. Kiedy tylko zajechał na pole, oniemiał. W miejscu gdzie do tej pory była łąka, jak okiem sięgnąć, leżały hałdy świeżo przeoranej ziemi. Zawiadomił od razu właściciela łąki o swoim odkryciu.
    - Od razu wiedziałem, kto to zrobił - zapewnia Sikorski. - Nie miałem wyboru, wezwałem policję.
    Co teraz ?
    Śledztwo w sprawie pooranej łąki trwa.
    - Na razie nie można mówić o kwalifikacji prawnej tego czynu. Musimy sprawdzić, czy to zaoranie rzeczywiście było dokonane bez zgody właściciela - mówi Dariusz Kędzior, oficer prasowy Komendanta Miejskiego Policji w Białymstoku. - Znany jest właściciel sprzętu, którym wyorano łąkę, jest świadek, który to widział. Pozostaje ustalenie, kto prowadził ciągnik.
    Zdaniem Kędziora, sprawa zostanie rozstrzygnięta w ciągu dwóch tygodni.
    - Na pewno zażądam od niego zwrotu kosztów za zniszczoną łąkę, bo nie nadaje się ona do użytku przynajmniej przez kilka lat. To będzie spora kwota - zarzeka się poszkodowany Wojciech Sikorski. - Nie daruję mu też sprawy wideł. Tym bardziej, że on teraz grozi mi podpaleniem domu.
    W tym roku wniosek o dopłaty składał już właściciel łąki. Zapytaliśmy w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, instytucji realizującej dopłaty, czy w związku z zaoraniem, rolnik nie naraził się na jakieś konsekwencje (gospodarze we wniosku deklarują rodzaj upraw).
    - Rzeczywiście, kontrola na miejscu wykazałaby niezgodność - mówi Wojciech Szczepkowski, dyrektor Oddziału Regionalnego ARiMR w Łomży. - Jeśli jednak w momencie składania wniosku w tamtym miejscu rzeczywiście była łąka, to moim zdaniem, po złożeniu wyjaśnienia, rolnik otrzyma płatność.
    Dodatkowo jeśli w tym roku wnioski o dopłaty złożyli obaj panowie, to jeden z nich sporo za to zapłaci. Kara za podwójny wniosek dla osoby, która nie ma praw do płatności, to dwukrotność dopłaty przysługującej do spornej działki.
    - Czekam i próbuję się dowiedzieć, czy on przypadkiem nie złożył też wniosku - mówi Sikorski. - Nie martwię się, bo to ja jestem właścicielem łąki, a ponadto, umowa dzierżawy została wymówiona i teraz to ja użytkuję to pole. Potrafię to udowodnić.
    Blokada drogowa
    Na zaoraniu łąki się nie skończyło, można nawet powiedzieć, że wydarzenie to zapoczątkowało serię nieprzyjemnych incydentów.
    W sąsiedztwie zniszczonego pola jest działka jeszcze jednego mieszkańca Babina, który wypasa na niej krowy. Łąka ta ma ogrodzenie skonstruowane z drutów.
    - Jakiś czas temu podszedł do mnie i zaczął krzyczeć, że rozwaliłem mu to ogrodzenie - denerwuje się pan Wojciech. - Dlaczego miałbym to robić?
    Sikorski podejrzewa, że to skłócony z nim sąsiad dokonał szkody, a później zrzucił to na niego. Po co?
    - Ten typ tak ma - odpowiada Sikorski.
    Po tym incydencie zapanował pozorny spokój. Jednak nie na długo.
    - Zastanawiałem się co mam teraz zrobić ze zniszczoną łąką - mówi Wojciech Sikorski.
    Rozważał m.in. posadzenie na tym terenie wierzby energetycznej. Sprowadził fachowca, by ten obejrzał pole.
    - Porozmawialiśmy na miejscu, wsiedliśmy do samochodu i chcieliśmy odjechać, ale okazało się, że wyjazd jest zablokowany - relacjonuje pan Wojciech.
    Na polnej drodze prowadzącej z przeoranej łąki do wsi jest jedno wąskie miejsce. Na tym odcinku zmieści się tylko jeden pojazd. Wówczas stał na nim ciągnik rolniczy, bez kierowcy w środku.
    - To był sprzęt tego człowieka, który wcześniej orał łąkę, od razu rozpoznałem - zapewnia Sikorski. - Pewnie siedział gdzieś w krzakach i obserwował przebieg sytuacji.
    Przez dłuższy czas obaj panowie zastanawiali się co zrobić, aż w końcu w desperacji wezwali policję. Po jej przyjeździe ciągnik został usunięty z drogi.
    Nic nie wiem nic nie powiem
    O sporze dwóch sąsiadów wie praktycznie cała wieś, ale nikt nie chce z dziennikarzami rozmawiać. Podobnie jak zwaśniony z Sikorskim sąsiad. Kilkakrotnie próbowaliśmy z nim porozmawiać. Najpierw byliśmy zbywani przez jego żonę i syna. Za każdym razem dowiadywaliśmy się, że będzie później. W końcu nie chciało im się nawet nas zbywać.
    - Męża nie ma i nie będzie rozmawiać - usłyszeliśmy od jego żony.
    Zgłosiliśmy się więc do sołtysa wioski, ale ten też postanowił nie rozmawiać z "Gazetą Współczesną". Gdy zapytaliśmy go o spór pomiędzy dwoma sąsiadami, odpowiedział:
    - Wiem, że taki jest.
    Jednak, gdy poprosiliśmy o szczegóły, odparł, że nic nie wie, a jakby nawet wiedział, to i tak nie powie, a do Babina nie mamy po co przyjeżdżać.
    Z podobnymi reakcjami spotkaliśmy się ze strony pozostałych mieszkańców wsi. Tylko jeden z mieszkańców Babina postanowił z nami porozmawiać, ale dla dobra własnego i rodziny, poprosił o nieujawnianie jego danych.
    - Wszyscy w wiosce wiedzą, kto zaorał tę łąkę, ale ludzi nie będą mówić, bo po co - powiedział . - W gazecie też lepiej na razie nie pisać, bo jeszcze potem pozwie za to do sądu. Lepiej temu człowiekowi w drogę nie wchodzić, bo załatwi tak, jak to zrobił z Sikorskim.
    Ma też swoją teorię na temat przyczyny sporu.
    - Poszło o te dopłaty - twierdzi. - Bo jak nie wiadomo o co chodzi, to zawsze chodzi o kasę.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Czytaj także

      Komentarze

      Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama