Współczesna
    TV

    Współczesna TV

    Rozwiń
    Współczesna
    TV
    Zwiń

    Współczesna TV

    Współczesna TV, czyli nowa telewizja internetowa. Od poniedziałku do piątku specjalnie dla Was tworzymy ekskluzywne materiały wideo dotyczące regionu!

    Tragedia, której pojąć nie sposób

    <B>Tragedia, której pojąć nie sposób</B>

    Jolanta Gadek

    Gazeta Współczesna

    Aktualizacja:

    Gazeta Współczesna

    Przeżyli piekło. Najpierw byli w szoku. Rozmiar tragedii docierał do nich stopniowo. Ich koleżanki i koledzy zginęli, a oni nie wiedzą, jak z tym dalej żyć. Bo teraz nic nie będzie już takie samo, jak dawniej. Tej tragedii nie da się wytłumaczyć.
    Kilka tysięcy uczniów przeszło w poniedziałek ulicami Białegostoku w marszu milczenia. Uczcili pamięć ofiar katastrofy pod Jeżewem

    Kilka tysięcy uczniów przeszło w poniedziałek ulicami Białegostoku w marszu milczenia. Uczcili pamięć ofiar katastrofy pod Jeżewem ©A. Ludwiczak

    Michał nie pamięta, jak wyskoczył przez okno z płonącego autokaru. Wie, że najpierw był huk, potem krzyk i ogień. Pobiegł na koniec autokaru. Wydostał się na zewnątrz przez wybitą szybę. Potem łapał tych, którzy wyskakiwali. Widział płonące wewnątrz osoby.
    Ocalał. Ale dziewięcioro innych maturzystów z Białegostoku zginęło. Jechali do Częstochowy modlić się o pomyślność na egzaminie maturalnym.
    Jezdnia była śliska
    Nic nie zapowiadało tragedii. Autokary z maturzystami wyruszały z Białegostoku do Częstochowy od kilku dni. Część uczniów pojechała też pociągiem. To miała być po prostu kolejna grupa pielgrzymów.
    Spotkali się pod szkołą i wyruszyli w trasę w piątek po godz. 6. Padała mżawka, było pochmurno, jezdnia była śliska. Niektórzy przysypiali oparci o zagłówki, inni rozmawiali. Kilka godzin później nie potrafili już przypomnieć sobie, co wtedy czuli.
    - Jakby całe lata świetlne minęły - mówią.
    Kilkanaście minut przed godz. 7 autokar zderza się czołowo z jadącym z naprzeciwka TIR-em i chwilę później staje w płomieniach.
    - Dziewczyny, które były z przodu, nie miały tyle sił, żeby wybić szybę - mówi Michał.
    Jego kolega pamięta tylko silne uderzenie i paraliżujący strach. Nie myślał o tym, że może spłonąć. Wiedział tylko, że trzeba uciekać. To naturalny odruch każdego: wydostać się z pułapki. Potem ulga, że się jest na zewnątrz, że się żyje. A później przerażenie, że inni zostali w środku.
    - Pomagałem tym, którzy wychodzili. Ale nikt wtedy nie wiedział, kto został w środku, ile osób tam jest - mówi. - Ogień zbliżał się błyskawicznie. Po chwili cały autobus płonął. Nie można było do niego podejść. Nie wiedzieliśmy, co robić. Jedni stali, inni biegali po polu wokół.
    Patrzył na zakrwawione twarze kolegów i czuł przerażenie. Nie wiedział, że wygląda tak samo, jak oni.
    Krzysztof Targoński ze wsi Sikory Wojciechowięta mieszka kilkaset metrów od miejsca, w którym doszło do tragedii. W piątek przed 7 już nie spał.
    - Usłyszałem wielki huk, potem zobaczyłem kłęby dymu - mówi rolnik. Zadzwonił do straży pożarnej, a potem pobiegł na drogę. - To było straszne! W autokarze palili się ludzie i nie mogłem im pomóc. Ranne dzieci biegały po polu.
    Najgorsze było to poczucie bezradności. To samo czuli inni świadkowie wypadku. Uczniowie zaczepiali przypadkowych kierowców, prosili, żeby ci powiadomili ich rodziców.
    Włosy zjeżyły mi się na głowie
    - Córka wyszła z domu po godzinie piątej - opowiada jedna z matek. - Półtorej godziny później zadzwonił telefon. To była ona, płakała. Mieliśmy wypadek. Autobus się spalił. Moje koleżanki chyba nie żyją - płakała. Zrób coś, prosiła. Najpierw się przeraziłam, potem poczułam ulgę, że jej się nic nie stało. Później znów się przeraziłam. Im więcej informacji o wypadku docierało do mnie, tym bardziej byłam wstrząśnięta.
    Najpierw zajęła się tymi najbardziej przyziemnymi sprawami. Lekarze, badania. Szybko dotarło do niej jednak, że troska o fizyczne zdrowie córki to nie wszystko, z czym będzie musiała się zmierzyć.
    Ojciec Tomka przywiózł go do szpitala na badania. Był jeszcze w szoku, nie docierało do niego w pełnej rozciągłości, że jego syn otarł się o śmierć. Ale już wtedy wiedział, że musi chronić swego syna i jego kolegów przed pytaniami dziennikarzy. Uważał, że tym, którzy przeżyli, przede wszystkim potrzebny jest spokój.
    - Gdyby nie mój syn i jego koledzy, ofiar byłoby więcej - mówi. - Te dzieci wybijały szyby nogami, ratowały się nawzajem. To straszna tragedia, o czym tu jeszcze mówić.
    Miałem szczęście
    O prawdziwym szczęściu może mówić kierowca busa, który jechał za tirem w stronę Białegostoku. Gdy ciężarówka zderzyła się z autokarem, zarzuciło jej naczepę. Z naczepy zsunęło się auto osobowe i ciągnik siodłowy. Kierowca busa, który jechał za ciężarówką, nie zdążył wyhamować i uderzył w ciągnik, który spadł z lawety.
    - Widok palącego się autobusu był straszny - mówi Ryszard, kierowca busa. - Miałem dużo szczęścia, że wyszedłem z tego cało. Przecież ten ciągnik mógł zmiażdżyć mój samochód.
    I z tym właśnie najtrudniej jest się pogodzić. Że w dużej mierze o tym, kto przeżył, a kto nie, decydowało miejsce, które zajął w autobusie. Zginęli ci, którzy siedzieli za kierowcą, choć z policyjnych statystyk wynika, że najbardziej niebezpiecznym miejscem jest miejsce obok kierowcy. Wypadek przeżyli ci, co siedzieli pośrodku i z tyłu autobusu. Ale przeżyły też nauczycielki, które siedziały na przednich miejscach obok kierowcy. Miały szczęście: po uderzeniu z okna obok ich siedzeń wypadła szyba, dzięki czemu wydostały się na zewnątrz.
    Nauczycielka wuefu, Janina Freitag, widziała wszystko. Jak autobus zaczyna wyprzedzać jadące przed nim samochody. I jak z naprzeciwka w ich kierunku zmierza ciężarówka. Po chwili zdała sobie sprawę, że zderzenia nie da się uniknąć. To były ułamki sekund. Schwyciła koleżankę za rękę i potem był już tylko huk. Wyczołgała się przez okno. Przez to okno wydostali się na zewnątrz także ci, którzy siedzieli za nią.
    Im więcej czasu mija od wypadku, tym jego uczestnicy mniej chętnie o nim rozmawiają.
    - Wszyscy czujemy ból po stracie koleżanek i kolegów - mówi jeden z chłopców. - Ale każdy myśli: przecież to mogłem być ja. To mógł być każdy z nas.
    Ciało cierpi z duszą
    - To jest jak film w zwolnionym tempie - opowiada dalej. - Przesuwa się przed oczami. To najdłuższe chwile mojego dotychczasowego życia.
    Ci, którzy najbardziej ucierpieli w wypadku, od razu trafili na oddziały do białostockich szpitali. Część z nich przeszła operacje, ale lekarze od początku twierdzili, że ich życiu nie zagraża niebezpieczeństwo. Najciężej ranną nastolatkę przewieziono śmigłowcem do szpitala w Siemianowicach Śląskich. Doznała rozległych poparzeń ciała, jej stan był bardzo poważny. Lekarze na prośbę rodziny nie udzielają dziennikarzom informacji o jej stanie zdrowia. Ci mniej poszkodowani trafili do przychodni chirurgicznej przy ul. Radzymińskiej w Białymstoku. Stamtąd kierowano ich na badania do szpitali.
    Nie wszystkie dolegliwości dały znać o sobie od razu. Niektórzy uczniowie po wypadku zostali przez lekarzy zwolnieni do domu. Poszli spotkać się z kolegami ze szkoły. A potem rodzice z powrotem zawozili ich do szpitala. Bo pojawiał się ból, słabość. Lekarze nie lekceważyli żadnego z objawów. Czasami - jak mówią - trudno jest odróżnić ból ciała od "bólu duszy".
    - Czasami jest tak, że ten, kto przeżył, ma wyrzuty sumienia, że żyje, choć ktoś bliski zginął - mówi jeden z lekarzy. - Podświadomie chce siebie ukarać, nie chce wracać do zdrowia. To utrudnia leczenie. W rekonwalescencji bardzo ważny jest stan psychiczny pacjentów. Dlatego pozwolono rodzicom i bliskim ofiar tego wstrząsającego wypadku być przy ich łóżkach przez całą dobę.
    Pytania bez odpowiedzi
    Nikt z rodziców ani nauczycieli nie zadzwonił do policji i nie zgłosił autokaru do kontroli. Nie wiadomo więc, jaki był jego stan techniczny w chwili wypadku: czy instalacja elektryczna była sprawna, czy wyjścia ewakuacyjne były oznakowane. Informację o pielgrzymce rozesłała do szkół białostocka archidiecezja, ale zapisy na pielgrzymki były prowadzone w szkołach. Teraz ze szkół zbierana jest wszelka dokumentacja dotycząca pielgrzymki: miejskie władze, policja i kuratorium chcą ustalić, kto był formalnym organizatorem. Policja zawsze przypomina o tym, że każdy rodzic ma prawo zadzwonić i poprosić o kontrolę autokaru, którym jego dziecko wyrusza na wycieczkę.
    - Policja powinna sprawdzać wszystkie autokary! - denerwuje się ojciec jednego z lżej rannych licealistów. - Nie ma, że ktoś chce czy nie chce. To powinien być przymus. I jak kierowca, który wiezie tyle dzieci mógł jechać tak szybko, wyprzedzać samochody! Jaki jest stan polskich dróg! Nikogo w rządzie to nie obchodzi, politycy myślą tylko o tym, jak tu się "nachapać" - denerwuje się coraz bardziej. Winą za tragedię obarcza wszystkich dookoła. - Co się w tym kraju dzieje, żeby dzieci ginęły na drogach!
    Matka jednej z tragicznie zmarłych dziewczynek nie może zrozumieć, jak to się stało, że kurtka córki ocalała, a ona sama - nie. Wielu rodziców wyrzuca sobie, że zgodziło się na uczestnictwo dziecka w pielgrzymce. Niektórzy wręcz zachęcali do tego swe pociechy.
    - Jestem osobą wierzącą - mówi jedna z matek. - Gdyby syn chciał jechać na taką zwykłą wycieczkę, może bym się sprzeciwiała. Ale na pielgrzymkę? Przecież nikt nie powie dziecku: nie jedź na pielgrzymkę modlić się na Jasnej Górze o pomyślność na maturze! Dlaczego Bóg i Najświętsza Panienka nie uchronili ich przed wypadkiem?!
    Do Częstochowy miały wyruszyć kolejne pielgrzymki maturzystów. Po wypadku zostały odwołane. Ci, co wcześniej dotarli na Jasną Górę, bali się wracać.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Czytaj także

      Komentarze

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama