Współczesna
    TV

    Współczesna TV

    Rozwiń
    Współczesna
    TV
    Zwiń

    Współczesna TV

    Współczesna TV, czyli nowa telewizja internetowa. Od poniedziałku do piątku specjalnie dla Was tworzymy ekskluzywne materiały wideo dotyczące regionu!

    Muszą za mną zatęsknić

    <B>Muszą za mną zatęsknić</B>

    rozmawia Anna Danilewicz

    Gazeta Współczesna

    Aktualizacja:

    Gazeta Współczesna

    Rozmowa z Emilią Krakowską, o podróżowaniu, białostockiej premierze i uśmiechu
    Od kilku tygodni pracuje pani w Białymstoku przy realizacji "Klanu wdów". Ale bywa tu pani tylko raz na jakiś czas, ciągle jest pani w drodze.
    - Tak, teraz wracam z Warszawy, Krakowa i Katowic... Taki mam zawód, od pokoleń jest to zawód wędrowny. Niedobrze jest jak siedzimy w tym samym miejscu przez wiele lat. Trzeba pilnować się, żeby nie zastać, nie zasiedzieć. To właściwość naszej epoki - ludzie wędrują za pracą. Nie musi to być zaraz "wóz Tespisa" i bieda z nędzą. Zmieniają się jednak warunki, jest się potrzebnym raz w tym, raz w innym miejscu, więc przenosi się człowiek.
    Pani jednak odwiedza nie tylko wielkie sceny, ale występuje też w domach kultury, jak np. w trasie z "Wakacjuszką". Dlaczego? Wielu aktorów nie zdecydowałoby się na takie występy.
    - Powiem nieskromnie: może nie byli zaproszeni? Mówiłam, aktorstwo to zawód wędrowny. Tego nauczyłam się już w domu, że muszą za tobą zatęsknić. Taka musi być myśl przewodnia każdego z nas w tej pracy: że chcą cię jeszcze raz zobaczyć, że widownia nie jest zmęczona twoją obecnością, a raczej zaciekawiona tym, co się z tobą dzieje, jak się rozwijasz, co masz do powiedzenia.
    Nie wydaje się pani jednak typem nomadycznym. Nie męczy pani takie wędrowanie?
    - Może nawet i męczy, ale naczelną sprawą jest mój zawód. Wtedy pokonuje się wiele trudów. To jest tak jak z miłością, choć nie chcę być tutaj zbyt patetyczna. Kocham swój zawód i jestem mu oddana. A ze sztuką jest tak, że ona jest bardzo zazdrosna, zaborcza, zachłanna, chce mieć człowieka na wyłączność. Jakież więc tutaj znaczenie mają trudy i zmęczenie.?
    Podróżuje pani pociągami, czy samochodem?
    - Z reguły jeżdżę pociągami. Dzięki temu wiem na przykład jaki jest stan naszego kolejnictwa. To nie są wyniki badań CBOS-u, tylko moje własne obserwacje i przemyślenia. To też wpływa na moją pracę, na inne czytanie tekstów, na wyczuwanie kłamstwa, które w nich spotykam.
    Jakie to zatem pociągi przywiodły panią do Białegostoku? To miasto leży raczej na uboczu teatralnej mapy Polski.
    - To jest wasze myślenie na ten temat! Nie, tak nie jest, tutaj są wspaniałe duchy. A tak mogą myśleć jedynie ludzie niedoinformowani. Staram się w swoich wędrówkach po kraju zaglądać do różnych teatrów, filharmonii, żeby wiedzieć, co się z moimi kolegami dzieje, nad czym pracują, pod czyim kierunkiem pracują. Nie mam zatem takiego odczucia. Przypomina mi to dość częstą sytuację, kiedy jestem wieziona samochodem, przez jakieś nie za bardzo zamieszkałe miasteczka, wioski, które z okien samochodu wyglądają na mocno zaspane. I słyszę takie zdanie: "Ojej, co ci ludzie tutaj mogą robić?" Zawsze wtedy odpowiadam, że jeśli są pracowici, to nie mają czasu zajrzeć nawet do najbliższej sąsiadki. Chyba że są ludźmi leniwymi, krnąbrnymi to siedzą i mają za złe wszystkim na około. Nie można brać pod uwagę tylko tego pozornego ruchu: tłumu, pędu wielkiego miasta.
    Wrócę jednak do pytania: to jak pani trafiła do Białegostoku?
    - Zaprosiła mnie pani reżyser. Spotkałam ją kiedyś w ZASP-ie. Dostrzegłam w niej fascynację swoją pracą, wielki zasób temperamentu, chociaż jest to osoba filigranowa, delikatna. Zaproponowałam, że może razem popracujemy. Przysyłała mi co jakiś czas różne sztuki, wciąż byłyśmy w kontakcie. W końcu znalazła w osobie dyrektora Dąbrowskiego "nabywcę", a on z całego wachlarza sztuk, które zaproponowała pani Marcinkówna, wybrał właśnie "Klan wdów". Ja zgodziłam się i tak razem pracujemy.
    Przed naszą rozmową Ewa Marcinkówna, reżyser, powiedziała, że weszła pani w zespół jak w masło, że stopiliście się w jedno. Czy pani też to tak odczuwa?
    - Wie pani dlaczego tak jest? Bo ten zespół po prostu jest wspaniały, bardzo zgrany. Lubią swoją pracę, chcą pracować. Oni nie pozwolili na to, żeby to była tylko instytucja, fabryka. W sztuce tak nie ma, że do 14.00 myślę o pracy, a potem nie. My wszyscy musimy myśleć przez 24 godziny o tym, co robimy, co będzie naszym końcowym produktem.
    Proszę w takim razie powiedzieć coś o tym "produkcie". O czym jest "Klan wdów"?
    - Ostatnio jest dosyć smutnawo. Taki teatr zgotowali nam obecnie politycy, że wszyscy jesteśmy bardzo zmęczeni. Odtrutką na to powinien być "Klan wdów". Tu trzy kobiety rozmawiają o swoich mężczyznach, o perypetiach współczesnego życia kobiety. Wiele nas jest samotnych, więc wydaje mi się, że to będzie bardzo aktualne. Przecież nawet o poważnych sprawach, o problemach damsko-męskich można rozmawiać na wesoło. Chciałybyśmy - to przecież jest od strony obsady taka damska sztuka - przynieść tym spektaklem uśmiech widowni Białegostoku.
    No właśnie, ma pani opinię osoby wiecznie uśmiechniętej.
    - Tego trzeba się nauczyć. Zobaczyłam, że mnie jest lepiej i ze mną jest lepiej, kiedy zdobędę się mimo wszystko na uśmiech. Wiem, że moi widzowie, moje otoczenie tego ode mnie wymaga. A kiedy jest mi bardzo smutno, to siedzę zamknięta, sama. Ale też nie na długo, bo moje szczęście to są moi przyjaciele, którzy mi na to zbyt długo nie pozwalają. Różne mają sposoby: czasem stosują nagany, czasem tylko przypominają, jakie jest przesłanie mojego życia.
    Opuściła pani wiele lat temu Warszawę, decydując się na założenie domu w Świdrze. Właśnie tutaj ucieka pani cały czas. Dlaczego?
    - Człowiek w wielkim mieście jest bardzo samotny, a przecież człowiek jest zwierzęciem stadnym. I traci wrażliwość! Bo samotność nie oznacza, że jest się samym, że ma się mało ludzi wokół siebie. Tam, bliżej przyrody, człowiek uwrażliwia się bardziej i zdaje sobie sprawę tego, że powinien żyć bardziej skromnie, że jest cząstką przyrody i jako ta cząstka musi się z tą przyrodą liczyć. Musi zrezygnować ze swojej zupełnie nieuzasadnionej pychy, z poczucia, że jest sam, jeden, najważniejszy. A życie na wsi, w obecności przyrody daje nam taką siłę
    Czy dom w Świdrze jest tym "normalnym" domem, który zawsze chciała pani mieć?
    - Tak, chyba tak… Mówiąc o tym, myślałam o swojej rodzinie. Zawsze uważałam, że pracę, zawód trzeba zostawiać za drzwiami, żeby dom był tylko domem. Co znaczy profesja, praca, jeżeli tylko jej się oddamy? Kolorowe pisma często pokazują, że to jest takie proste: wychować dwójkę dzieci i być jednocześnie na próbach i w rozjazdach. Nieprawda, zawsze coś się traci. Ale jedno, co mogę przyznać, że moje dzieci rozumieją trud i to, że moja praca wymaga spędzania wielu godzin poza domem, wobec tego nie mają do mnie żalu.
    Czy zawsze tak było?
    - Nie, był taki czas, że mniej rozumiały. Ale było też tak, że ja rezygnowałam, byłam z nimi. To później stwierdzały, że jakoś jestem "nie sobą" i wołały: to już lepiej jedź, jedź i wróć sobą. Tak to jest, że z jednej strony chce się mieć tego rodzica dla siebie, przy sobie, na wyłączność. Z drugiej strony jest się zadowolonym, że jest oddany swojej pracy.
    To na koniec wróćmy w takim razie do tej pracy. A raczej do jej początków, kiedy to zaraz po szkole teatralnej zagrała pani Jagnę w "Chłopach", a później na długie lata dla widzów już pani tą Jagną pozostała, choć po drodze było wiele innych ról. To sukces, czy przekleństwo?
    - Na to nie można mieć wpływu, to jest wyobraźnia i emocje widza. Nie mogę powiedzieć: proszę, już dość. Dosyć tej pychy! Tak się stało w moim życiu i ja muszę to z całym dobrodziejstwem inwentarza przyjąć. Ja do tej postaci wcale tak mocno się nie przywiązałam, ale nie mam absolutnie żadnego wpływu na to, że inni do tego wizerunku przywiązali się. Wielki wspaniały aktor Czesław Wołłejko był dla mnie zawsze Chopinem. Grał tyle cudownych ról, wielkim był aktorem, a ja pamiętam go tylko z tej jednej, bo właśnie tą rolą zrobił na mnie największe wrażenie. Ja sama też grałam George Sand, miałam kolegów, którzy bardzo dobrze grali Chopina, ale tylko on jeden się liczył. Nie okłamujmy się: taki mam zawód, że każdy w nim marzy, by być rozpoznawalnym. Jeżeli mnie takie szczęście spotkało, że zagrałam w towarzystwie aktorów, którzy już wtedy należeli do historii teatru, to jest to wyróżnienie przez los. A zatem gdybym śmiała jeszcze psioczyć, że to przekleństwo, czy coś takiego, to byłaby to czcza i obrzydliwa kokieteria. Spotkałam tych ludzi przy pracy, cieszyłam się, że mnie uznali, i to było najważniejsze wyróżnienie i wspomnienie.
    Dziękuję za rozmowę.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Czytaj także

      Komentarze

      Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama