Współczesna
    TV

    Współczesna TV

    Rozwiń
    Współczesna
    TV
    Zwiń

    Współczesna TV

    Współczesna TV, czyli nowa telewizja internetowa. Od poniedziałku do piątku specjalnie dla Was tworzymy ekskluzywne materiały wideo dotyczące regionu!

    Nic od was nie chcę!

    Nic od was nie chcę!

    Julia Szypulska

    Gazeta Współczesna

    Aktualizacja:

    Gazeta Współczesna

    Ci, którzy go nie znają, mówią na niego "Robinson". Dla sąsiadów jest po prostu Gienkiem. Mieszka samotnie w rozpadającej się chatce pod lasem. Nie ma wody ani elektryczności. Nie pobiera emerytury, choć mu się należy. Nie oczekuje pomocy. Chce żyć po swojemu. Bo ma do tego pełne prawo, co potwierdził nawet sąd.
    Pan Eugeniusz mieszka w Krzywólce. Wieś leży w gminie Przerośl. Jego gospodarstwo oddalone jest niecałe 2,5 kilometra od głównej drogi. Ma już 69 lat, a mimo to jego głównym środkiem transportu jest rower. Potrafi nim przejechać nawet kilkadziesiąt kilometrów jednego dnia.
    Mieszkańcy okolicznych wsi opowiadają o nim różne historie. Nawet takie, że chciał własną matkę pochować za stodołą. Lekarza widział ponoć dwa razy w życiu.
    Kiedy sam zachorował, wziął tylko dwie tabletki i od razu mu się polepszyło. Jednak w służbę zdrowia zwątpił zupełnie, kiedy pomocy potrzebowała jego matka. Wpuścił doktora do domu i oczekiwał, że nastąpi poprawa. Tymczasem lekarz miał spojrzeć na niego, potem na matkę i orzec:
    - Panie, ja z trupa młodego nie zrobię.
    Nic nie kupuje. Zadowala się tym, co znajdzie w okolicznych śmietnikach. Kiedyś znalazł nawet kożuch. Bardzo się wtedy ucieszył. Tego samego dnia odwiedzili go pracownicy z opieki społecznej. Pochwalił się im:
    - Patrzcie państwo, jakie ludzie dobre rzeczy wyrzucają.
    Ludzie śmieją się, że wariat. Że emerytury nie bierze, bo się obraził. Za komuny państwo mu zabrało ziemię i od tego czasu nie może patrzeć na urzędników. Ile w tym prawdy, a ile ludzkiej wyobraźni? Pan Eugeniusz nie jest ponoć skłonny do zwierzeń.
    Unika obcych
    By do niego dotrzeć, trzeba się przebić przez zasypaną śniegiem, polną drogę. Dom Eugeniusza stoi prawie w lesie. Tam już się nie dojedzie. Samochód trzeba zostawić u najbliższych sąsiadów, Wandy i Antoniego. O tym, jak pan Eugeniusz traktuje obcych, krążą niestworzone historie.
    - Dziennikarz? - sąsiadka kręci głową z powątpiewaniem.
    - Nie wiem, czy będzie chciał z panią rozmawiać. Jest bardzo nieufny do obcych. Raczej unika kontaktów. Najbardziej się denerwuje, kiedy przyjeżdża do niego ktoś z gminy. Zresztą prawie każdego podejrzewa, że chce mu zabrać ziemię . Pani spróbuje, może coś o sobie powie.
    Mieszkańcy Krzywólki mówią, że Eugeniusz Ż. rozgłosu nie lubi. Nie chce o sobie opowiadać. Uważa, że nie ma o czym. Żyje tak, jak chce.
    Pani Wanda pokazuje, którędy najlepiej iść.
    - Pójdzie tutaj na prawo i miedzą wzdłuż lasku. Tam będzie najmniej śniegu. Dawno u niego nie byłam, ale staram się zaglądać, chociaż raz na miesiąc. Żal mi go. Innym sąsiadom też, ale on nie chce pomocy. Ten jego dom to lepianka. Zimny, brudny. Szkoda gadać. Zresztą sama pani zobaczy.
    Dalej trzeba iść po kolana w śniegu. Wysokie, oszronione choiny przysłaniają widok. Powoli wyłania się gospodarstwo Eugeniusza. Tu już jest inny świat. Dziurawa, podparta kołkami stodółka. Na lewo, chyląca się ku ziemi chata. W głębi podwórza stogi siana przykryte derkami. Nie widać słupa z elektrycznością ani studni. Wokół pustka. O tym, że ktokolwiek tu mieszka świadczy tylko gryzący dym z komina, który czuć jeszcze w lesie. Ze skleconego ze starych płyt chlewka dobiega chrumkanie. A więc hoduje świnie.
    - Dzień dobry!
    Odpowiedź dobiega z chaty. Po chwili otwierają się drzwi i wychodzi niski, brodaty mężczyzna. Ubrany jest w stary i brudny kożuch. Na głowie ma czarną, futrzaną czapę z uszami. Trzęsie się z zimna. Wydaje się zaskoczony, ale grzecznie zaczyna rozmowę. Jego niebieskie, prawie turkusowe oczy nie zdradzają złych zamiarów.
    - Zimno dzisiaj. W środku też nie ciepło - gestem głowy wskazuje na chatę. - Ale to dopiero początek zimy. Pewnie potrzyma tak do maja - śmieje się.
    - Ładny kożuch - chwali. - Mój też dobry - pokazuje - tylko już stary. - Czy mieszka sam? Jego spojrzenie robi się podejrzliwie.
    - A sam. A z kim miałbym mieszkać? Moja matka zmarła, bliskiej rodziny nie mam - odpowiada. Bać się też nie ma czego. Dzikich zwierząt? - To one powinny się mnie bać, a nie ja ich. Zresztą one tak blisko nie podchodzą. Chyba, że zające, ale ich coś ostatnio nie widziałem. Obawiać się trzeba tylko ludzi.
    Przyznaje jednak, że miał kiedyś do czynienia z wilkami.
    - Jechałem rowerem do Suwałk. Akurat wjeżdżałem z jednego lasu do drugiego. A one tak przyczaiły się i patrzą. Miały oczy jak te diabły. Aż mi ciarki po plecach przeszły. Ale udałem, że ich nie widzę - przypomina sobie.
    Ma tylko zwierzęta
    Rozmowa toczy się na środku podwórka. Pan Eugeniusz nie zaprasza do chaty. Widać, że jest bardzo przywiązany do swego gospodarstwa. Z czułością opowiada o zwierzętach. Okazuje się, że oprócz świń ma jeszcze krowę, dwa dorosłe konie i jednego małego. Kuśtykając po oblodzonym podwórku, prowadzi do "stajni". To pełna dziur, sklecona ze spróchniałych desek szopa. Chodzenie sprawia mu wyraźną trudność. Otwiera drzwi. Dłonie ma spracowane, czarne od sadzy. Ze środka wylatuje ciężka woń zwierzęcych odchodów.
    - No chodź tu, reku jeden. Chodź, pokaż się - woła konia. - Nie chcesz, to nie - rezygnuje.
    W środku temperatura jest niewiele wyższa od tej na zewnątrz. Przez szpary hula wiatr. Zwierzęta tulą się jedno do drugiego. Mają tam niewiele miejsca.
    - Musiałem naprawić tutaj dach - mówi, mocując się z zamkiem. - Żeby mi nie pomarzły.
    Odwraca się i cmoka ze zniecierpliwieniem:
    - Kręgosłup trochę boli, ale już lepiej. Ja tam lekarzom nie wierzę. Co oni tam wiedzą? Tyle, że trochę pogadają.
    Wiosną planuje jechać do Suwałk. Teraz ma dużo pracy, no i dzień dużo krótszy. Chce spotkać się z prawnikiem i poskarżyć na swoją sytuację.
    - Ten rząd to tylko patrzy, żeby człowieka ograbić. Patrzy pani, nie dali mi renty, ale na ubezpieczenie to zabierają. Mówią, że jak ziemię oddam, to dadzą. Ale ja im nie oddam. Już mojej matce zabrali, a mnie już prawie nic nie zostało. Co ja bym potem robił? - denerwuje się.
    Pomocy też nie potrzebuje, ani od dziennikarzy, ani od urzędników. Wyraźnie nie chce już poruszać tego tematu. Chce żyć po swojemu.
    - Oby tylko sił starczyło. A na razie jestem zdrowy - kwituje.
    Bo mu ziemię zabrali
    Pan Eugeniusz uważa, że państwo bezprawnie zabrało jego matce prawie 18 hektarów ziemi. Nie zdążyła ich przepisać na syna. To było w latach osiemdziesiątych. W zamian przyznano jej emeryturę rolniczą. Nigdy jej nie przyjęła. Jemu zostało 4 hektary gruntów własnych. Podobnie jak matka, nie chce niczego od państwa. Nie doprowadził nawet prądu do gospodarstwa.
    - Dla niego ziemia to był sens życia. Urzędnicy tłumaczyli, że wszystko odbyło się zgodnie z przepisami. Jego matka miała wtedy prawie osiemdziesiąt lat. On sam nie dałby rady uprawiać tyle ziemi. Wtedy takie podupadłe gospodarstwa przechodziły na rzecz państwa. Gienek po prostu poczuł się oszukany - twierdzi pan Antoni.
    Po śmierci matki całkowicie odciął się od świata. Jak mówią sąsiedzi, wcześniej chodził czasem do kościoła, był bardziej rozmowny.
    - Bywało, że umył się, ubrał w garnitur. A teraz chodzi brudny, ubrań szuka po śmietnikach. Nie mam pojęcia, co on je. Jak wyhoduje konia, to go sprzeda. To jego jedyny dochód - uważa pani Wanda.
    Za młodu chodził nawet do szkoły. Sąsiedzi pamiętają, że zaczął naukę w zawodówce w Gołdapi. Jednak nic z tego nie wyszło, bo musiał wrócić na gospodarstwo.
    - Matka sama nie dawała rady. Pobył w szkole rok czy dwa. Jak wrócił, to było po Gienku - mówi sąsiadka. Może gdyby znalazł w Gołdapi pracę, teraz żyłby inaczej.
    A to, że chciał pochować matkę za stodołą, to bzdura. Ludzkie wymysły.
    - Przyszedł do mnie i mówi: Antek, moja matka zmarła. No to żona poszła z kuzynką. Umyły nieboszczkę i zaraz potem był pogrzeb - zapewnia Antoni. Jest normalnie pochowana na cmentarzu.
    Sąsiedzi uważają, że nie ożenił się, bo nie miał czasu. Ciągle pracował, nigdzie nie wyjeżdżał. Poza tym, matka pana Eugeniusza miała wysokie wymagania, co do przyszłej synowej. Potem postarzał się i było za późno.
    Za wszystko chce płacić
    Pan Eugeniusz ma opinię człowieka bardzo honorowego. W ubiegłym roku kilku sąsiadów pomogło mu w gospodarstwie. Jeden zaorał ziemię, inny skosił zboże kombajnem. Eugeniusz zawsze dopytuje się o cenę.
    - Ale jak tu brać od takiego? Przecież ja wiem, że on pieniędzy nie ma. Mówię mu, Gienek, to taka sąsiedzka pomoc - twierdzi pan Antoni.
    Tak samo jest z jedzeniem. Kiedyś pozwalał sobie coś przynieść. Kobiety dawały bochenek chleba, słoninę, kawałek mięsa. Potem przestał brać.
    Pani Wandzie powiedział:
    - Pomóc, to można, ale raz. Potem trzeba zapłacić. Nie ma nic za darmo.
    Z kolei innej sąsiadce oświadczył, że nie będzie od niej brał jedzenia, skoro sama ma na wychowaniu dziewięcioro dzieci.
    Sytuację Eugeniusza znają doskonale pracownicy Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Przerośli. Wielokrotnie próbowali mu pomóc, chcieli nawet dać zasiłek. Zawsze odmawiał. W końcu, 3 lata temu, postanowili sprawę oddać do sądu. Chcieli go ubezwłasnowolnić.
    - Pan Eugeniusz nie wierzył, że naprawdę chcemy mu pomóc. Uważał, że zależy nam na jego ziemi. W tej sytuacji liczyliśmy, że sąd przydzieli mu prawnego opiekuna. Uważaliśmy, że sam nie da sobie rady - mówi kierownik GOPS.
    Eugeniusz bardzo się za to obraził. Tłumaczył sędziemu, że to, jak żyje to jego sprawa. Ważne, że mu z tym dobrze. I ... sprawę wygrał. Sąd uznał, że ma do tego prawo.
    - Ależ on się wtedy cieszył. Bo Gienek bał się, że go wezmą do domu starców. Żalił się, że tam dadzą mu zastrzyk i uśpią - przypomina sobie Wanda.
    Pracownikom opieki społecznej pozostało jedynie pomagać za pośrednictwem osób trzecich.
    - Prosiłam sąsiadów, żeby po prostu patrzyli, czy leci u niego dym z komina. Jeśli tak, to znaczy, że jakoś sobie radzi - mówi kierownik. - Przekazywaliśmy też pomoc za pośrednictwem sołtysa. To były przedmioty pierwszej potrzeby. Nowe filce, artykuły żywnościowe. Pieniędzy nie wziąłby w ogóle.
    Pan Eugeniusz sołtysowi jakoś ufał. Kilka razy przyjął pomoc. Potem jednak zorientował się, od kogo pochodzi i zaczął odmawiać. Uważał, że urzędnicy to sobie potem odliczą od jego ziemi.
    - Po tej sprawie sądowej całkowicie stracił zaufanie do opieki społecznej. Przez jakiś czas nie wpuszczał ich nawet na podwórko - mówi pani Wanda. Potem mu przeszło. Nie wiem tylko, co się stanie, kiedy dopadnie go poważna choroba. Czy wtedy da sobie pomóc?

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Czytaj także

      Komentarze

      Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama