Współczesna
    TV

    Współczesna TV

    Rozwiń
    Współczesna
    TV
    Zwiń

    Współczesna TV

    Współczesna TV, czyli nowa telewizja internetowa. Od poniedziałku do piątku specjalnie dla Was tworzymy ekskluzywne materiały wideo dotyczące regionu!

    O mały włos od śmierci

    O mały włos od śmierci

    Agnieszka Kaszuba Maciej Sulima Mirosław R. Derewońko

    Gazeta Współczesna

    Aktualizacja:

    Gazeta Współczesna

    Podlascy hodowcy gołębi do Katowic pojechali, aby rozwijać swoją pasję... Żeby śmiać się, żartować, spotkać znajomych... Nie wiedzieli, że niektórych po raz ostatni. Mówią, że uratowała ich Opatrzność, ale czy nie mogła uratować także ich kolegów? Od tygodnia dla wielu Polaków gołębie kojarzą się nie tylko z pokojem, ale także z tragedią, łzami i śmiercią...
    Piotr Spyra hodowca gołębi z Myszyńca nie może w nocy spać. Budzi go huk miażdżonej blachy i krzyki umierających.

    Piotr Spyra hodowca gołębi z Myszyńca nie może w nocy spać. Budzi go huk miażdżonej blachy i krzyki umierających. ©M. Sulima

    Od tragedii w hali wystawowej w Katowicach minął tydzień. Wszyscy hodowcy gołębi z Podlasia wrócili już do domów. Z dwudziestu ośmiu gołębi, jakie ze sobą zawieźli do Katowic, żywy przyjechał tylko jeden.
    - Żal tych gołębi, ale co tu mówić o gołębiach, jak tyle ludzi zginęło - mówi Andrzej Kamiński, prezes białostockiego oddziału Polskiego Związku Hodowców Gołębi Pocztowych. - U mnie został samiec - wdowiec po gołębicy... Dobrze, że jest zima i nie trzyma się wtedy gołębi razem, bo samiec mógłby tęsknić za swoją partnerką.
    Uratowała ich kukurydza
    Na katowickie targi z Podlasia pojechało ponad stu hodowców gołębi.
    - W Katowicach byliśmy już w piątek. Bardzo lubimy te nasze branżowe spotkania - wspomina Tomasz Biegański, hodowca z Białegostoku. - Niektórzy z nas jeżdżą na nie od prawie trzydziestu lat.
    To był piąty wyjazd na targi do Katowic. Co roku, na trzy dni: piątek, sobotę, niedzielę... Każdy cieszył się na ten wyjazd, bo nie ma to jak gościnność miejscowych Ślązaków. Podlasianie piątek przeznaczyli na zwiedzanie wystawy. Sobota należała tylko do znajomych. Około godziny 12 wręczono nagrody, a później odbywały się spotkania towarzyskie.
    - Do godziny 15 hala pękała w szwach. Później zaczęła się wyludniać - wspomina Grzegorz Miklaszewski, prezes okręgu białostockiego związku.
    Po godzinie 16 część hodowców z Podlasia poszło do hotelu na kawę.
    - Przed 17 nasi koledzy wrócili do hali. My jeszcze chwilę zostaliśmy - mówi Tomasz Biegański. - Parę minut później huk, karetki, padło światło. Wybiegliśmy przed hotel. Zobaczyliśmy już tylko ruiny...
    W pierwszym odruchu pan Tomasz chwycił za telefon. Zadzwonił do kolegów.
    - Okazało się, że ktoś ich namówił, żeby po kukurydzę jechać. O 17.10 wyszli z hali. Ta kukurydza życie im uratowała - wyjaśnia Tomasz Biegański.
    Później wszyscy zobaczyli Grzegorza Miklaszewskiego. Stał przed halą i trząsł się.
    - Kiedy wszystko runęło byłem kilkanaście metrów od obiektu. Przez parę minut nie mogłem się ani ruszyć, ani nic powiedzieć. Strach mnie sparaliżował. A później starałem się pomóc, ratować ludzi - mówi Grzegorz Miklaszewski.
    Pomógł wydostać się kilku osobom. Cztery były już martwe... Część jego kolegów wychodziła na "raka", część dawała już tylko odgłosy życia spod zwałów blachy i stali...
    - My byliśmy poza epicentrum. Chcieliśmy powiadomić rodzinę, bliskich, że żyjemy. Ale wisk, krzyk i jęki ludzi były tak głośne, że nikt nie mógł nic zrozumieć - dodaje Tomasz Biegański. - Karetki jeździły non stop. Nie dało się ich zliczyć, nikt zresztą wtedy tego nie robił...
    A później na rumowisko trafili górnicy z kilofami i było tylko słychać uderzenia o blachę. Tego dźwięku gołębiarze nie zapomną...
    Radość zamieniła się w ból i łzy
    Marzeniem każdego hodowcy - dziadka jest zabranie swojego wnuka na wystawę, zaszczepienie pasji, wzbudzenie podziwu u dziecka...
    - Nasz kolega z południa miał właśnie po raz pierwszy wnuka ze sobą. A jaki był dumny z małego - mówi Tomasz Biegański.
    Około godziny 17.30 przed halą, a raczej tym, co z niej zostało można było ujrzeć mężczyznę biegającego w koło. Krzyczał, gestykulował, włosy sobie z głowy wyrywał.
    - Nie mógł znaleźć wnuka. Mało nie oszalał. Małego wyciągnęli dopiero po czterech godzinach - dodaje Tomasz Biegański. - Już go więcej na wystawę pewnie nie zabierze.
    Chłopiec ma liczne urazy ciała, ale już czuje się dobrze. Został jeszcze w szpitalu w Chorzowie. Dziadek nie spuszcza z niego oka.
    Andrzej Kamiński z Białegostoku z hali wyszedł tuż przed 17. Kiedy usłyszał o katastrofie był na stacji benzynowej.
    - Informacje, które napływały były coraz bardziej czarne z minuty na minutę - mówi. - W hali zostawiliśmy tylu znajomych...
    Pan Andrzej od razu chwycił za komórkę.
    - Dzwoniłem po kolei do wszystkich z listy. W tych telefonach nikt o nic nikogo nie pytał. Tylko słyszał głos i dzwonił dalej - tłumaczy.
    Koledzy z Podlasia żyją. Z Gdańska też się uratowali... Kolejne telefony nie były już tak optymistyczne. Komórki były głuche...
    - Abonent czasowo niedostępny - usłyszałem, kiedy zadzwoniłem do koleżanki. Miała stoisko na środku sali - wspomina Andrzej Kamiński. - Na szczęście żyje. Trafiła do szpitala. Ma zmiażdżone obie nogi.
    Grzegorz Miklaszewski minionej soboty nie zapomni do końca życia.
    - Tego słowami opisać się nie da - mówi załamującym się głosem. - Wszystko się zawaliło. Podbiegłem tam. Stałem w szoku. Zakrwawieni ludzie, krzyki... Dopiero po chwili odzyskałem świadomość i wiedziałem, że nie mogę tak stać, że trzeba kolegom pomagać...
    Nic nie będzie łatwe...
    Niektórzy hodowcy gołębi z Podlasia znają się już ponad dwadzieścia lat. W tym czasie dużo razem przeżyli: i dobrego, i złego, ale zawsze jakoś to było.
    - Teraz nic nie będzie łatwe - mówią jeden przez drugiego.
    Do niektórych świadomość tragedii, jaka rozegrała się na ich oczach zaczęła trafiać dopiero w niedzielę.
    - Całą noc nie spałem. Rano podszedłem do okna. Widać było cały teren hali. Ze zwałów blach i lodu zaczęły wydobywać się gołębie. Chciały lecieć ku górze i nie mogły - wspomina Tomasz Biegański. - Wszyscy zaczęli mówić między sobą, że te gołębie to dusze, które do nieba ulecieć nie mogą.
    Wykończone i zdezorientowane ptaki zamiast latać, skakały z drzewa na drzewo, z balkonu na balkon. Aż serce bolało od patrzenia... To były najlepsze okazy w Polsce. Przeżyło tylko kilkanaście.
    Powroty z wystaw zawsze bywają trudne. Nie jest łatwo rozstać się z przyjaciółmi, kolegami z branży... Później tylko czekanie do następnego razu... Teraz nie ma na co czekać...
    - Nasze towarzystwo jest bardzo różne: od wysoko postawionych do niskourodzonych - wyjaśnia Andrzej Kamiński. - Ale mieliśmy wspólny język, wspólną pasję, lubiliśmy być razem. Teraz trzeba będzie wesprzeć rodziny, chociażby dobrym słowem i finansowo.
    Powroty nie są łatwe. Ale ten był szczególnie trudny.
    - Nie wiedzieliśmy, że z niektórymi żegnamy się na zawsze - mówi Tomasz Biegański. - W drodze powrotnej przyszła refleksja, że ta kawa, to Opatrzność. To ona nas uratowała. Ale dlaczego nie uratowała pozostałych? Dlaczego to akurat my dostaliśmy drugą szansę? Tyle pytań pozostaje bez odpowiedzi.
    Na razie hodowcy nie myślą o kolejnych targach, wystawach. Tam zawsze panowała miła, radosna atmosfera... Śpiewy, tańce, odrobina alkoholu... Teraz nic już nie będzie takie same...
    - Łatwo na pewno nie będzie, ale wystawy muszą się odbywać, bo to etap, przepustka do wystaw europejskich. Na pewno już nie w Katowicach, ale trzeba będzie je organizować - podkreśla Andrzej Kamiński. - Nasze życie, chociaż z ciężarem musi toczyć się dalej...
    Żona nie chciała
    Piotr Spyra o gołębiach wie wszystko. Sam ma ich 88 sztuk. I to nie byle jakich. Można się o tym przekonać oglądając pokaźną kolekcję pucharów, które zajmują w pokoju mężczyzny centralne miejsce. Z każdych zawodów, w których brał udział, przywoził trofea. Mieszkaniec Myszyńca ma dwa sklepy zoologiczne, w tym jeden w Ostrołęce.
    W tym roku po raz czwarty pojechał do Katowic.
    - Chciałem zabrać żonę i córki, by pokazać im jak to wygląda - kręci głową Spyra. - Na szczęście żona nie chciała.
    Dlatego jak zwykle pojechał z kolegą z Łodzi, któremu pomaga handlować asortymentem dla gołębi.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Czytaj także

      Komentarze

      Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama