Współczesna
    TV

    Współczesna TV

    Rozwiń
    Współczesna
    TV
    Zwiń

    Współczesna TV

    Współczesna TV, czyli nowa telewizja internetowa. Od poniedziałku do piątku specjalnie dla Was tworzymy ekskluzywne materiały wideo dotyczące regionu!

    Pacjent już nie doczekał

    Pacjent już nie doczekał

    Urszula Ludwiczak

    Gazeta Współczesna

    Aktualizacja:

    Gazeta Współczesna

    Może gdybym wtedy, w czwartek, odwiedziła tatę, tak jak robiłam to niemal każdego dnia, jeszcze by żył - zastanawia się Ewa Czarkowska z Uhowa. - Może byłby z nami teraz, gdybyśmy bardziej naciskali go na pójście do innego lekarza? Pytań po śmierci 56-letniego Krzysztofa Brzozowskiego jest dużo więcej. A przede wszystkim takie, czy lekarka, która zawał pomyliła z alergią, zrobiła wszystko co w jej mocy, by pomóc choremu?
    Krzysztof Brzozowski z Uhowa zmarł 6 stycznia, najprawdopodobniej we śnie. Rano, siedzącego na krześle, znalazł znajomy, który przyszedł do sąsiada naprawić buty. Bo wielką pasją i miłością Krzysztofa było szewstwo.
    - To jedno, co nas dzisiaj pociesza, to to, że tata zmarł we śnie, nie cierpiał - mówi Ewa Czarkowska. - Wierzymy też, że lekarka, która tak prowadziła tatę, nigdy więcej nie popełni takiego błędu.
    Nigdy nie chorował
    Pod koniec grudnia ub.r. Krzysztof Brzozowski, dotąd okaz zdrowia, zaczął uskarżać się na bóle w lewej okolicy klatki piersiowej.
    - Tata nigdy wcześniej nie skarżył się na zdrowie - mówi jego córka Ewa. - Kiedyś miał problem z kolanem, wcale się nam nie skarżył. Nigdy, poza badaniami okresowymi, nie chodził do lekarzy. Nigdy na nic się nie leczył. Skoro teraz poszedł, to musiało go naprawdę boleć.
    Do lekarza w Łapach pan Krzysztof pojechał rano 28 grudnia. Okazało się, że akurat jego lekarka rodzinna miała zmianę na popołudnie.
    - Tata musiał więc wrócić do przychodni jeszcze raz - opowiada pani Ewa. - Z jego relacji wiem, że lekarka gdy usłyszała, na co narzeka, spojrzała w kartę i stwierdziła, że skoro od 30 lat pracuje jako szewc, ma kontakt z różnymi klejami, to na pewno ma alergię. Wypisała mu receptę na lek i kazała przyjść po 10 stycznia na jakieś badania. Na tym wizyta się skończyła. Pani doktor nie przyłożyła tacie do piersi słuchawki, nie zmierzyła mu ciśnienia, nie skierowała w końcu na EKG, które jest parę metrów dalej, w tym samym budynku. Nie zrobiła nic, aby upewnić się, że postawiła prawidłową diagnozę. A tata, który całe życie był poczciwym człowiekiem, jej uwierzył.
    Z diagnozą o alergii, wykrytej nagle po 30 latach pracy, pan Krzysztof wrócił do domu. Przykładnie brał leki przeciwuczuleniowe. Niestety nie pomagały.
    - Tacie zaczęła drętwieć lewa ręka, miał kiedyś połamany obojczyk, pytałam go, czy to boli ta połamana ręka, powiedział że tak i to pewnie od tego ma te problemy - opowiada córka. - Potem dopiero przypomnieliśmy sobie, że miał złamanie, ale w prawym obojczyku. Tatę zaczął też boleć krzyż. Cała rodzina namawiała go, aby poszedł jeszcze raz do lekarza albo zadzwonił po pogotowie. Nie chciał. Mówił, że jak ma się zgłosić po 10 stycznia, to widocznie tak ma być. I że to nic poważnego, bo przecież lekarka go nawet nie zbadała. Niestety, następnej wizyty nie doczekał.
    Tymczasem zawsze dotąd zdrowy mężczyzna, nie poddawał się nagłej boleści. Jak mówi rodzina, Brzozowski cały czas był na chodzie, nie kładł się do łóżka, ale chodził jak zawsze po zakupy, reperował buty znajomym. Zajmował się wnukami.
    - To wszystko nas zmyliło - płacze dzisiaj pani Ewa.
    Zasnął na krześle
    6 stycznia tego roku, w piątek, do Krzysztofa Brzozowskiego rankiem zapukał sąsiad. Przyniósł but do sklejenia.
    - Zobaczył, że na krześle siedzi tata. Nie żył - opowiada pani Ewa.
    Wezwano pogotowie, lekarz stwierdził zgon, ale aby wystawić odpowiedni akt, do zmarłego trzeba było wezwać jego lekarza rodzinnego.
    - Do Łap pojechał mąż z bratem, lekarka stwierdziła, że nie wyda aktu bez obejrzenia zwłok - opowiada córka Krzysztofa. - Pojechała z nimi do kostnicy. Tam stwierdziła tylko, że pamięta tego pacjenta i wypisała akt zgonu. To wszystko. Żadnej skruchy, słowa przepraszam czy otuchy dla rodziny zmarłego. Wiem, że potem mówiła innym, że gdyby teraz zgłosił się do niej, już by mu przeprowadziła dodatkowe badania. Do nas się już nie odezwała.
    Rodzina nie przeprowadziła sekcji zwłok Brzozowskiego.
    - Wiemy jednak że zmarł na zawał lub wylew, to nam powiedział lekarz z pogotowia. Wskazywały na to objawy pośmiertne - mówi pani Ewa.
    Dzisiaj rodzina zastanawia się tylko, czy mogła tragedii zapobiec.
    - Tata mieszkał sam, chociaż codziennie mieliśmy ze sobą kontakt, wtedy, w czwartek, akurat do niego nie zaszłam - opowiada córka mężczyzny. - Odrabiałam lekcje z synem, jakoś czas zleciał. Może gdybym poszła do taty tego dnia, zobaczyłabym, że źle wygląda i wezwała pogotowie? Może gdyby zadzwonił i powiedział, że się źle czuje? W środę, gdy rozmawialiśmy, mówił że wszystko jest w porządku. Ale sąsiadka, która widziała tatę w czwartek w dzień mówiła, że źle wyglądał. Teraz też ma wyrzuty, że nic nam nie powiedziała. Przecież my mieszkamy parę domów dalej, zaraz ktoś by do taty pobiegł. Tymczasem dwa tygodnie chodził z zawałem! Przecież ludzie, którym się odpowiednio pomaga w takiej sytuacji, przeżywają. Żyją osoby po 2, 3 zawałach! Tata wytrzymał tyle dni. Gdyby wcześniej chorował, człowiek przygotowałby się psychicznie, że może odejść. A tak, nie możemy do dzisiaj w to uwierzyć. Wszystkie rzeczy taty ciągle są w jego domu tak, jak je zostawił. Stoją jego buty, gotowy do pracy warsztat szewski. Gdy tam zachodzę, mogę tylko płakać.
    Szewska pasja
    Wielką pasją Krzysztofa Brzozowskiego było szewstwo.
    - Tata skończył szkołę kaletniczą, podejrzewam, że nie szedł do niej z przypadku - opowiada pani Ewa. - Najpierw pracował w zakładach galanteryjnych, robił torebki. Potem zatrudnił się w zakładach obuwniczych. To go pochłonęło bez reszty.
    Krzysztof Brzozowski buty robił przez wiele lat.
    - Miał w domu swój mały warsztat - opowiada córka. - Bardzo o niego dbał, zbierał potrzebne elementy. Wszystko tu miało swoje miejsce, każda szczotka. Tu robił buty sobie, wszystkim z rodziny, reperował znajomym. Tata nigdy sobie nie kupił butów. Wszystkie, które nosił, zrobił wcześniej sam.
    Dzieci pani Ewy: 7-letni Maciek i 5-letnia Natalia też były zaopatrywane w torebki, paski i buty własnej roboty.
    - Natalka uwielbia różowy kolor, tylko taki może nosić od stóp do głów - mówi Ewa Czarkowska. - Tata zdobył gdzieś czerwoną skórę i specjalnie ją przecierał, żeby zrobić wnuczce kapcie w kolorze różowym!
    Kilka ostatnich lat Krzysztof Brzozowski pracował w Zakładach Ortopedycznych w Białymstoku.
    - Bardzo przeżywał, gdy miał robić buty ortopedyczne dla 3-miesięcznego dziecka. Mówił do mnie: patrz Ewa, takim maluszkom, które jeszcze nie umieją chodzić, już trzeba je wykonywać. A takie te buty malutkie - opowiada Czarkowska. - Serce go wtedy bolało. A uwielbiał swoją pracę. Zawsze chciał, żebym szkołę kaletniczą skończyła. I skończyłam, ale chyba cudem. Bo ja zawsze chciałam być konduktorką, zazdrościłam bratu, który skończył szkołę kolejową. Gdy okazało się, że dzieci nie bardzo pójdą w ślady ojca, zaczął szykować do zawodu Maćka.
    Siedmiolatek w przeciwieństwie do mamy i wujka, bardzo lubił z dziadkiem spędzać czas przy warsztacie.
    - Dziadek pokazywał mi, jak się robi buty, jak reperuje - opowiada chłopczyk. - Zawsze fajnie spędzaliśmy czas. Smażył mi placki.
    - Dziadek był dla moich dzieci jak babcia - porównuje Ewa Czarkowska. - Maćka to mi praktycznie wychował, syn spędzał z moim tatą całe weekendy, wakacje. Zawsze mówił, że mu z dziećmi weselej. Robił im placki, piekł ciasta, sam prał, gotował.
    I Maciek i Natalia bardzo przeżyli śmierć dziadka.
    - Maciek, gdy się dowiedział, że dziadek nie żyje, miał pretensje do Boga, że mu go zabrał. Tłumaczyliśmy, że Bóg zawsze zabiera dobrych ludzi. Teraz często chodzi w domu dziadka do jego warsztatu, rozmawia tam z nim - opowiada pani Ewa. - Natalka mniej rozumie, ale gdy dziadek już nie żył, ciągała go za rękę i mówiła, aby się obudził. Maciek już na cmentarzu też pytał, czy przypadkiem dziadek tylko nie śpi, może trzeba go odkopać...
    Bez komentarza
    - Nie mamy pretensji do lekarki z Łap - mówi rodzina zmarłego. - To raczej żal, że można tak potraktować innego człowieka. Przecież ksiądz i lekarz, to zawody, które powinny wybierać osoby z powołaniem, nie takie, którym nie zależy. I pacjenta czy wiernego zbywają byle czym. Może ta lekarka czasu nie miała albo ochoty, aby zbadać tatę? Przecież w tym wieku, z tymi objawami, można było podejrzewać zawał. Co by szkodziło chociaż zmierzyć mu ciśnienie... A może nie potrafiła rozpoznać choroby? Mamy tylko nadzieję, że już nigdy nie popełni takiego błędu. Nie chcemy chodzić po sądach, domagać się odszkodowania. Może, gdyby to wróciło życie tacie, ale przecież to go z grobu nie podniesie.
    Lekarka rodzinna pana Krzysztofa nie chciała rozmawiać z nami o swoim pacjencie.
    - Ta sprawa jest już wyjaśniona, nie będę jej komentować - stwierdziła w rozmowie z naszą gazetą.
    - Lekarka mówiła potem, że na drugi raz, to by już wiedziała, jak postępować - mówi Roman Brzozowski, brat Krzysztofa. - Ale nikt dwa razy nie umiera....

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Czytaj także

      Komentarze

      Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama