Młodzi, zdolni, przedsiębiorczy

    Młodzi, zdolni, przedsiębiorczy

    Marta Bakunowicz

    Gazeta Współczesna

    Aktualizacja:

    Gazeta Współczesna

    Marta, Daniel i Piotrek wiedzą, że prowadzenie własnej firmy to ryzyko, ale zarazem szansa na kilkukrotne pomnożenie dochodów w krótkim czasie. A poza

    Marta, Daniel i Piotrek wiedzą, że prowadzenie własnej firmy to ryzyko, ale zarazem szansa na kilkukrotne pomnożenie dochodów w krótkim czasie. A poza tym – do odważnych świat należy! – dodają ze śmiechem ©B. Maleszewska

    25-letni Michał prowadzi księgarnię, Jacek bar wegetariański. Troje przyjaciół - Marta, Daniel i Piotrek właśnie skończyli studia, a rozkręcają już drugą firmę. Młodzi przedsiębiorcy z Białegostoku opowiadają, dlaczego za wszelką cenę chcą pracować "na swoim" i żyć "po swojemu". O plusach i minusach prowadzenia własnej firmy.
    Marta, Daniel i Piotrek wiedzą, że prowadzenie własnej firmy to ryzyko, ale zarazem szansa na kilkukrotne pomnożenie dochodów w krótkim czasie. A poza

    Marta, Daniel i Piotrek wiedzą, że prowadzenie własnej firmy to ryzyko, ale zarazem szansa na kilkukrotne pomnożenie dochodów w krótkim czasie. A poza tym – do odważnych świat należy! – dodają ze śmiechem ©B. Maleszewska

    Wśród ich rówieśników wielu wyjechało do Anglii, wielu jest bezrobotnych lub niezadowolonych z pracy w Polsce.
    - Jeśli ktoś 5 lat studiował, a później zarabia 800 zł, jak może być zadowolonym? Przecież to głodowa pensja! Jeśli do tego mieszka się samemu, wystarcza to tylko na przeżycie, nie na normalne życie - oburza się Marta. - Ale przecież wystarczy wpaść na dobry pomysł i można wszystko zmienić!...
    Wziąć byka za rogi
    Nasi rozmówcy podkreślają, że nie mogliby znieść zależności. Tego, że ktoś narzuca im styl pracy, nieustannie kontroluje.
    - Lubię sam decydować o sobie, mieć poczucie, że nikt nie stoi mi nad głową - uśmiecha się, przygotowując kolejną porcję "samosów", Jacek. - Jestem kapitanem swojej załogi.
    Michał cieszy się, że sam jest sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Czuje, że "wziął byka za rogi" - czyli życie w swoje ręce. Piotrek nie zniósłby, żeby ktoś miał za niego o wszystkim decydować - co ma dziś zrobić, gdzie pojechać, ile zarabiać. Marta stanowczo twierdzi, że przy jej charakterze nie mogłaby ustępować szefowi, być wobec niego miła za wszelką cenę, tolerować pomysły i rozwiązania, z którymi nie do końca się zgadza. Daniel pracował na studiach, podczas zagranicznego stypendium, w wielkiej korporacji, w biurze, gdzie kilkanaście osób przebywa w jednym otwartym pomieszczeniu. Szefowa siedziała bezpośrednio za nim.
    - Nie mogłem się skupić. Ciągle myślałem "o Boże, ona ciągle mnie ocenia! Patrzy mi na ręce, śledzi każdy mój ruch!" - wspomina.
    Dobrze zarabiał. Ale co z tego? Skoro, żeby zdążyć do pracy, wychodził z domu przed 8.00, wracał po 20.00. Nie miał czasu na własne życie, na przyjaciół, rodzinę. Przychodził do domu tak zmęczony, że nawet nigdzie nie chciało mu się wyjść wieczorem. Wielu ich rówieśników żyje w ten sposób w Warszawie.
    - Ten zabójczy rytm, śmierdzące spalinami miasto, praca w korporacji, gdzie w każdej chwili możesz okazać się niepotrzebny, to nie dla nas! - śmieją się. - Wiemy, że nie będzie łatwo, że czeka nas dużo wyrzeczeń, ale chcemy żyć po swojemu.
    Być urzędnikiem? Za nic!
    Istotnym minusem jest to, że nie mają stabilnych dochodów.
    - Raz pieniądze są, raz ich nie ma. Prywatnym przedsiębiorcą nie powinny być osoby, które ponad wszystko cenią stabilność, boją się ryzyka, tacy, którzy nie wyobrażają sobie życia bez stałej sumy co miesiąc wpływającej na konto - wyjaśniają. - Jeśli ktoś ma mentalność urzędnika, niech lepiej nie zaczyna się w to bawić!
    Jacek przyznaje, że z finansami raz jest lepiej, raz gorzej, w sumie bar "Gopal" kokosów na pewno nie przynosi, ale ogólnie jest w porządku.
    - Najważniejsze, że wszystko zależy ode mnie! - wyjaśnia.
    Daniel twierdzi, że premią od tego ryzyka jest fakt, że w krótkim czasie prywatny przedsiębiorca ma szansę kilkakrotnie pomnożyć swoje dochody.
    - Jeśli będziemy się rozwijać tak, jak planujemy, jeśli wszystko będzie układać się po naszej myśli, mam nadzieję że za 3-4 lata będziemy zarabiać 6-7 razy tyle co na początku działalności - mówi. - Jest to mało prawdopodobne w przypadku osób, które nie prowadzą własnej działalności.
    Zakładając własną firmę skazali się na to, że myślą o niej w każdej wolnej chwili.
    - Mój znajomy pracuje przy taśmie w fabryce. Twierdzi, że to ogromny komfort - niczym się nie musi przejmować, chyba tylko tym, że narzędzia się stępiły i trzeba je naostrzyć - opowiada, rozpakowując kolejną dostawę książek, Michał. - O 15 wychodzi do domu i jest wolny jak ptak, a ja ciągle przejmuję się swoją księgarnią, zastanawiam się, co by tu udoskonalić.
    Jacek zna plusy i minusy bycia zarówno pracownikiem, jak i pracodawcą. Ma porównanie - pracował już w kilku firmach. Przyznaje, że kiedy zaczął prowadzić firmę, ma więcej pracy i obowiązków, nie może po prostu wyjść do domu i zapomnieć o swoim barze.
    Praca na własny rachunek wymaga samodyscypliny.
    - Wiadomo - szef musi motywować pracownika, gonić go do roboty. Czyli wynika z tego, że ja muszę poganiać samą siebie... I to jest właśnie trudne - kręci głową Marta.
    Ogromnym plusem jest to, że nikt nie narzuca rytmu pracy. Nie trzeba odbębniać tych 8 godzin, wszystko jedno, czy ma się coś do zrobienia, czy nie.
    - Kiedy nie mam nastroju na robotę, po prostu urządzam sobie wolne. Gdy spadnie śnieg, pakuję plecak i z dnia na dzień wyjeżdżam w góry na narty - cieszy się Piotrek.
    Rodzice wolą "normalną pracę"
    Znajomi są pełni podziwu i - nie ma co ukrywać - trochę zazdroszczą. Rodzice bardzo różnie. Jedni są dumni z przedsiębiorczych dzieci, inni - jak Daniela i Piotrka - woleliby, żeby synowie nie pracowali na własny rachunek, żeby znaleźli sobie "normalną pracę".
    - Rodzicom bardzo trudno jest zrozumieć, że świat się zmienia, że nie jest tak, jak w czasach ich młodości, czyli że praca w wielkiej korporacji równa się stały etat, świadczenia i bezpieczeństwo do końca życia. Że posiedzi się do tej 16.00 i tyle. Teraz już nie ma i nigdy nie będzie takiej pewności. Jest przepaść między tym, co było kiedyś, a tym, co jest teraz - wyjaśnia Marta. - Coraz więcej osób na całym świecie jest zatrudnianych na zlecenie, na umowę o dzieło. Ludzie są zmuszani do coraz częstszych zmian pracy. My rozkręcamy działalność w najlepszym momencie. Przyzwyczajamy się do takiego życia, jakie czeka nas przez następne 60 lat! Na szczęście moi rodzice to rozumieją i są dumni, że "bawię się we własny biznes" - dodaje.
    Rozwinąć skrzydła
    Swoją działalność Michał założył trochę... przez przypadek. Zaczęło się od pasji. Zawsze kochał książki, miał ich sporą kolekcję. Na pierwszym roku studiów zaczął je kupować i sprzedawać przez Internet. Najpierw zajmowały cały regał, parapety, później leżały nawet na łóżku w jego pokoju w akademiku. Sprzedaż tak się rozkręciła, że Michał chciał wynająć magazyn na książki.
    - Nie nastawiałem się na sprzedaż tradycyjną, ale wpadłem na pomysł, żeby zamiast trzymać je w magazynie, otworzyć sklep specjalizujący się w tanich książkach - wspomina, w międzyczasie udzielając wskazówki pracownikom.
    Michał napisał biznesplan, wygrał konkurs ogłoszony przez Urząd Pracy i dostał 40 tys. zł kredytu na rozpoczęcie działalności. Bez tego nie byłoby mowy o otworzeniu sklepu.
    - To ogromna pomoc, pozwoliła mi rozwinąć skrzydła - przyznaje.
    Wynajął lokal na dworcu PKP, kupił komputer. Przez pierwsze pół roku mało kto zaglądał do księgarni.
    - Siedzieliśmy w ciszy i spokojnie sprzedawaliśmy książki przez allegro - opowiada. - Później powoli zaczęliśmy pozyskiwać stałych klientów. Przychodzą starsi ludzie, studenci.
    Wciąż jednak, jeśli chodzi o dochody, sprzedaż bezpośrednia jest pobocznym, niewielkim źródłem. Michał stawia na Internet. W tym roku planuje otwarcie własnego sklepu internetowego. Na razie interes się rozwija. Michał ma dopiero 25 lat, a daje pracę trzem osobom. Cieszy się, że mu się udaje. Najbardziej z tego, że wszystko osiągnął sam.
    Jacek robi to, co lubi. Jest zadowolony.
    - Nikt nie wydaje mi rozkazów. Czuję się wolny - uśmiecha się, przygotowując lokal do otwarcia.
    Ma stałych, zaprzyjaźnionych klientów. Atmosfera w barze jest bardzo rodzinna. Jacek twierdzi, że to właśnie dzięki klientom. Codziennie ma sporo pracy. Robi zakupy, sam gotuje. Już od 7 rano stawia się na posterunku i przygotowuje potrawy. Twierdzi, że wszystko byłoby super, gdyby nie cała papierkowa robota - załatwianie świstków, płacenie podatków, stanie w kolejkach w urzędach, których unika jak ognia.
    Biznesmeni autostopowicze
    "Weź ty coś wymyśl, bo praca potrzebna..." zachęcali się nawzajem Daniel, Piotrek i Marta. I wymyślili. Pierwszy pomysł Daniel przywiózł ze stypendium w Wielkiej Brytanii. Pracował w firmie, która przygotowywała prognozy trendów w modzie na kolejne sezony. Postanowił otworzyć jej przedstawicielstwo w Polsce. Aby podpisać umowę, Daniel i Marta wybrali się do Londynu. Autostopem, bo tak jest najtaniej. Po drodze nocowali na klifach w Dover.
    - Jako początkujący biznesmeni nie dysponowaliśmy zbyt dużymi funduszami - wspominają ze śmiechem.
    Firma działa już pół roku. Wciąż się rozwija. Nie wymaga nakładów finansowych, żadnych inwestycji. Niezbędny jest tylko komputer i telefon. Praca jest przyjemna, nie pochłania zbyt dużo czasu. Wystarczy raz na jakiś czas umówić się z przedstawicielami polskich firm odzieżowych, którzy chcą kupić prognozy trendów w modzie - jakie będą obowiązywały fasony, kroje, jakie kolory. Wkrótce Marta, Daniel i Piotrek zaczęli zastanawiać się, co by tu jeszcze wymyślić.
    - Podczas wakacji Daniel przyjechał do znajomych, nad Narew - wspomina Marta. - Już wychodząc z samochodu krzyczał, że ma nowy superpomysł na biznes...
    Domowe zakupy
    - Siedziałem w domu, lodówka świeciła pustkami. Byłem głodny, ale nie chciało mi się wychodzić po zakupy. I nagle zaświtał mi fajny pomysł - czemu by nie otworzyć spożywczego sklepu internetowego? - opowiada Daniel.
    Cała trójka od razu zapaliła się do nowego pomysłu. Podzielili się rolami - każdy odpowiada za swoją "działkę". Zaczęli starać się o pieniądze na rozpoczęcie działalności. Próbowali uzyskać je z przeróżnych źródeł, konkursów na biznesplany. Nic z tego nie wyszło. Piotrek, który co rok jeździł do Niemiec pracować, jak mówi "na Murzyna", wyłożył więc zarobione tam pieniądze. Daniel też miał trochę oszczędności. Marta pożyczyła od rodziny, wzięła kredyt studencki. Poza tym mieli fundusze, które uzyskali z "Tredstopu". Na szczęście - jak podkreślają - internetowy sklep nie musi być tak zatowarowany, jak sklep tradycyjny. Na razie wystarczą pojedyncze produkty, w każdej chwili można je dokupić w hurtowni.
    - A przecież trudno sobie wyobrazić zwykły sklep z kilkoma sokami owocowymi. Wiadomo, że musi ich stać obok siebie bardzo dużo. A to o wiele większe koszty! - wyjaśniają.
    Za 560 zł miesięcznie wynajęli biuro w Fastach. Niedrogie, bo daleko od centrum. Marta nazywa je "zimnym biurem". Żeby drukarka zaczęła działać, trzeba ją ogrzać. Chłopcy sprzątali wynajęte pomieszczenie 3 dni, robili drobne naprawy. Samo dostosowanie do wymogów sanepidu kosztowało 2 tys. zł.
    - Ten sklep to jest nasze ukochane dziecko. I rodził się w bólach... - mówi Marta. - O ile przy zakładaniu "Trendstopu" był tylko jeden trudny moment - podróż do Londynu - tak przy sklepie tych trudności jest mnóstwo.
    Trudności i wydatków - na nowy komputer, drukarkę, budowę i utrzymanie strony internetowej, program magazynowy, benzynę. Prócz tego jeszcze opłacić rachunki za telefony, Internet, księgową i ZUS. W przyszłości trzeba będzie zainwestować w lady chłodnicze i sprzęt specjalistyczny.
    - Na razie każde pieniądze, które zarobimy, będziemy inwestować w rozwój sklepu - zapewniają.
    Marta, Daniel i Piotrek mają nadzieję, że teraz będzie już "z górki". Że pozyskają wielu klientów. Ludzie żyją intensywnie - dużo pracują, są ciągle zajęci. Zakupy przez Internet pozwolą im uniknąć męczących wyjazdów do hipermarketów, zaoszczędzić czas. Wystarczy złożyć zamówienie, a kurier dostarczy zakupy na konkretną godzinę, pod same drzwi.
    - Odpadnie dźwiganie - utrapienie każdej kobiety! - cieszy się Marta.
    Ceny są takie, jak w przeciętnym białostockim spożywczym. Dowóz kosztuje niewiele. Przy zakupach powyżej 150 zł jest bezpłatny. Na burzliwych dyskusjach o wszystkich za i przeciw cała trójka spędziła długie godziny. Mają nadzieję, że ich sklep okaże się strzałem w dziesiątkę.
    - Przed świętami Bożego Narodzenia byłam w Warszawie, gdzie funkcjonuje kilkanaście internetowych sklepów spożywczych. I to z powodzeniem - na ich stronach napisy wyraźnie oznajmiały klientom, że z powodu ogromnej ilości chętnych, nie są już w stanie realizować zgłoszeń! Więc jestem dobrej myśli... - uśmiecha się Marta.
    Michał, Daniel, Piotrek, Marta i Jacek nie są z siebie specjalnie dumni.
    - Po prostu cieszymy się, że czegoś nam się chce, że mamy energię, chęć do pracy, odwagę, żeby układać sobie życie w swój własny sposób. Że co rano z radością wstajemy do pracy - mówią.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Czytaj także

      Komentarze

      Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo