Współczesna
    TV

    Współczesna TV

    Rozwiń
    Współczesna
    TV
    Zwiń

    Współczesna TV

    Współczesna TV, czyli nowa telewizja internetowa. Od poniedziałku do piątku specjalnie dla Was tworzymy ekskluzywne materiały wideo dotyczące regionu!

    O schabowym nikt w Unii nie słyszał

    O schabowym nikt w Unii nie słyszał

    dorota naumczyk

    Gazeta Współczesna

    Aktualizacja:

    Gazeta Współczesna

    – Praca kelnera we francuskiej restauracji to prawdziwe wyzwanie, bo bywają w nich bardzo wymagający goście  – mówią Łukasz Jagłowski, Marta Wójtowicz,

    – Praca kelnera we francuskiej restauracji to prawdziwe wyzwanie, bo bywają w nich bardzo wymagający goście – mówią Łukasz Jagłowski, Marta Wójtowicz, Kinga Sobańska i Rafał Ignatowicz z białostockiego „gastronomika”. ©B. Maleszewska

    Ślimaki i żabie udka podawali Francuzom, ośmiornice i krewetki - Hiszpanom. Marta, Kinga, Łukasz i Rafał z białostockiego "gastronomika", mimo że mają dopiero po 18 lat, pracują w restauracjach czterech krajów Unii Europejskiej.
    – Praca kelnera we francuskiej restauracji to prawdziwe wyzwanie, bo bywają w nich bardzo wymagający goście  – mówią Łukasz Jagłowski, Marta Wójtowicz,

    – Praca kelnera we francuskiej restauracji to prawdziwe wyzwanie, bo bywają w nich bardzo wymagający goście – mówią Łukasz Jagłowski, Marta Wójtowicz, Kinga Sobańska i Rafał Ignatowicz z białostockiego „gastronomika”. ©B. Maleszewska

    - We Francji kobieta z mężczyzną przychodzą do restauracji na kolację: siadają, zamawiają, jedzą, piją i płacą rachunek opiewający na... 300 euro, czyli prawie 1.200 zł! Takie to są kolacje! - ekscytują się Marta Wójtowicz i Kinga Sobańska, uczennice III klasy technikum w białostockim Zespole Szkół Gastronomicznych. - Praca w takiej restauracji, ze wspaniałym menu, ogromnym wyborem win i z takimi klientami o wybrednych gustach to dla kelnera prawdziwe wyzwanie.
    - A w Hiszpanii to nie było dla nas wyzwanie, kiedy każdy z nas miał jako kelner do obsłużenia setkę gości?! - Rafał Ignatowicz, kolega z klasy Marty i Kingi, przerywa dziewczynom ledwo co zaczętą opowieść.
    Czwórka uczniów z białostockiego "gastronomika" od połowy września 2005 roku objeżdża kraje Unii Europejskiej i w tamtejszych restauracjach zdobywa kelnerski szlif.
    A na stole... 7 kieliszków
    A czasami, żeby zadowolić klienta, potrzebne są im nie lada umiejętności...
    - Potrawy bywają tak wykwintne i tak bogato przyozdobione, że człowiek niesie talerz z kuchni do stolika i cały drży, żeby jakiś fragment dekoracji dania się nie przewrócił... - opowiada Marta.
    Rafała zaś najbardziej stresowała i dziwiła zarazem różnorodność win serwowanych we francuskich restauracjach:
    - Podchodzisz do stolika, a na nim stoi... siedem rodzajów kieliszków - Rafał łapie się za głowę. - No a jak jesteś dobrym kelnerem, to musisz wszystko wiedzieć: jakie wino w jakim momencie polać, do jakiej potrawy i do którego kieliszka. Czasami naprawdę trudno było się w tym połapać! Ze mną na szczęście pracowało dwóch panów, którzy to wszystko wiedzieli. Jeden podchodził do stolika i opowiadał klientom o winach, a drugi w tym czasie po troszeczku im wlewał do kielichów do degustacji.
    Kolacja z dziewięciu dań
    Najbardziej jednak białostockich uczniów zadziwiła forma serwowanych we francuskich restauracjach kolacji.
    - Policzyliśmy i okazało się, że na taką kolację składa się... dziewięć kolejno wnoszonych potraw - wspomina Kamila. - Goście, którzy przychodzili do nas na kolację najpierw dostawali aperitif mały, a potem podawaliśmy im aperitif duży. Mały to była przykładowo zupa miksowana z zielonego groszku podawana z krewetkami w... kieliszkach, zaś duży aperitif to najczęściej sałatka. Wszystko wyglądało przepysznie.
    Po aperitifach przychodziła kolej na "coś lekkiego przed głównym daniem", czyli np. na delikatną rybę, a następnie na stół wjeżdżały główne potrawy...
    - Tam jada się głównie jagnięcinę, cielęcinę i kurczaki - mówią białostoczanki. - O schabowym nikt we Francji, ani chyba w ogóle w krajach Unii Europejskiej, nie słyszał.
    Po głównym daniu Francuzi jedzą... sery. Najczęściej udekorowane są one rodzynkami i serwowane na dużym talerzu. Z tego dużego półmiska każdy sięga po plasterek lub dwa...
    - A za jeden plasterek takiego wykwintnego sera trzeba czasem zapłacić nawet... 30 euro! - podkreśla Marta. - Dla nas te ceny to był szok!
    Po serach na stół wjeżdżały kieliszki z kremem czekoladowym z wiśniami, czyli tzw. przeddeser, a potem białostoczanki podawały deser z prawdziwego zdarzenia, czyli naleśniki z lodami lub też z ananasami. Na koniec zaś goście jeszcze dostawali kawę, herbatę i... coś słodkiego, np. galaretki w cukrze.
    - I co ciekawe, Francuzi na taką 9-daniową kolację potrafili przyjść do restauracji o godz. 21! - wspominają białostoccy uczniowie. - Na początku bardzo nas to dziwiło, ale później już się do tego przyzwyczailiśmy, tak jak i do wielu innych rzeczy.
    Po obiadku - pora na sen
    Tylko do jednego białostoccy uczniowie nie mogli się przyzwyczaić - do poobiedniej sjesty.
    - Zarówno we Francji, jak i w Hiszpanii w połowie dnia zamyka się restauracje, sklepy i urzędy, bo zaczyna się sjesta - opowiadają. - Kilka minut po godzinie 15 wszyscy udawali się więc na odpoczynek: pospać albo chociaż poleżeć, tylko my nie mogliśmy się w tym połapać i początkowo nie wiedzieliśmy co z tą trzygodzinną przerwą w ciągu dnia zrobić.
    We Francji uczniowie białostockiego "gastronomika" spędzili nieco więcej czasu niż w Hiszpanii. Najpierw bowiem, przez miesiąc, chodzili do szkoły językowej w Chateau-Chinion, a potem przez sześć tygodni pracowali w czterogwiazdkowej restauracji w hotelu w Beaune w Burgundii.
    W szkole językowej razem z białostoczanami uczyli się: Niemcy, Hiszpanie, Włosi, Francuzi, a nawet Peruwianka i Ekwadorka. Była to więc niepowtarzalna okazja do nawiązania międzynarodowych przyjaźni.
    - I teraz już tylko będziemy mieli problem, gdzie pojechać na wakacje... - śmieje się Marta i Kinga.
    Najfajniejszych ludzi udało im się jednak poznać w Hiszpanii.
    - Tam ludzie są tak otwarci, weseli, radośni i głośni, że bardzo trudno jest nie nawiązać z nimi kontaktu - opowiada Łukasz. - Nawet w restauracji klienci mają inne podejście do kelnerów. Jak się pomylisz - nie szkodzi. Wszyscy się do ciebie uśmiechają i nie są tak sztywni jak Francuzi.
    Stu na jednego
    W Hiszpanii białostoczanie pracowali przez półtora miesiąca w trzygwiazdkowej restauracji w miejscowości Marbella.
    - Było bardzo wesoło i nie tak sztywniacko jak we Francji. Tu szef był przede wszystkim twoim kolegą z pracy, a nie tylko szefem - wspominają białostoczanie. - Ale wbrew pozorom praca w Hiszpanii jest znacznie cięższa, bo w tamtejszych restauracjach na jednego kelnera przypada często nawet setka gości! Ledwo się wyrabialiśmy na zakrętach, ale na szczęście ludzie są bardzo mili i jak się człowiek pomyli z jakimś zamówieniem, to nikt z tego nie robi problemu.
    Hiszpanie najczęściej zamawiają paellę, czyli ryż z owocami morza i do tego... butelkę białego wina.
    - Nie są więc tak wymagający i wybredni jak Francuzi - śmieją się dziewczyny z "gastronomika". - Tak jak Polacy jedzą też sporo ziemniaków, więc pod względem kuchni i smaków dogadywaliśmy się bez zastrzeżeń.
    Aktualnie białostoccy uczniowie kontynuują swoją przygodę z europejskimi kuchniami. Od początku marca obsługują gości w niemieckich restauracjach, a w maju pojadą pracować do Włoch.
    300 euro napiwku
    Za sześć tygodni pracy w restauracjach każdego z krajów Unii Europejskiej dostają 300 euro kieszonkowego. Mówią, że za cały dzień na nogach nie jest to dużo, ale w Polsce tyle właśnie zarabiają zatrudnieni w restauracjach kelnerzy. We Francji, Hiszpanii czy też we Włoszech kelner zarabia cztery razy więcej, bo za miesiąc pracy dostaje około 1200-1300 euro. Kolejne 500 euro jest w stanie dorobić na napiwkach.
    - To teraz już wiemy, dlaczego Polaków wysyłają na takie praktyki tylko w trakcie szkoły! - śmieją się białostoccy uczniowie. - Młodzież z innych krajów jeździ na takie praktyki już po ukończeniu szkoły, a nas wysłali w połowie nauki, przed dyplomem, bo bali się, że jak poznamy realia pracy w Unii i tamtejsze zarobki, to nie wrócimy już do kraju, a tak musimy wrócić, choćby po dyplom.
    Czwórka białostockich uczniów po unijnych restauracjach jeździ cały rok szkolny - od września do czerwca. W związku z tym tracą oni jeden rok nauki, bo teraz byliby już w trzeciej klasie technikum, a za rok zdawaliby dyplom, a tymczasem edukacja wydłuży im się o jeden rok.
    - Ale nie żałujemy tego roku - mówią zgodnie. - Z taką praktyką bowiem, jaką przez ten rok zdobędziemy i z wyszlifowanymi czterema językami obcymi, to nas z otwartymi rękoma przyjmą do każdej pracy! Nawet w Mariottcie!

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Czytaj także

      Komentarze

      Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama